Autor: Anais Crow
Kiedy dołączyłam do grupy w Monarze, po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie jestem oceniana. Byłam taka jak oni pokiereszowana, z przeszłością, z demonami. Poznałam wtedy Patrycję. Ona miała zostać moją opiekunką na grupie. Ja ją od razu polubiłam, ona mnie wręcz przeciwnie. Paradoks? Może. Bo z czasem stałyśmy się nierozłączne, a dziś jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam.
Patrycja miała swoje rany, ja swoje. Ona nauczyła się ufać dopiero wtedy, kiedy zobaczyła, że w żaden sposób jej nie zagrażam, że nie chcę nic zabrać ani odebrać. Wręcz przeciwnie że kocham ją jak bratnią duszę. To było coś nowego. Coś, co budowało.
Grupa miała swój rytm. Czasem spokojny, innym razem pełen furii i emocji, których nie dało się powstrzymać. Uczyłam się na nowo wszystkiego jak dziecko, które najpierw raczkuje. Zaczynałam rozumieć po co były mi narkotyki, co dawały, dlaczego tak kurczowo się ich trzymałam. Powoli, krok po kroku, uczyłam się panować nad złością i autoagresją. To był początek poznawania siebie.
Ale nie była to żadna sielanka. Bo w Monarze zasady były twarde. Nie wolno było wchodzić w zależności, pożyczać pieniędzy, łamać abstynencji seksualnej. Codziennie trzeba było prać własną bieliznę chyba najbardziej absurdalny nakaz, jaki pamiętam. Ośrodek był półotwarty mogliśmy wychodzić na trzy godziny dziennie, ale tylko całą grupą. I nie wolno było się rozdzielać.
