Łańcuchy pamięci

Sięgnij w przeszłość, by zrozumieć teraźniejszość.

  • Autor: Anais Crow

    Najpierw był poranek. Nie wielka metafora zwykły poranek: kawa nie trzęsąca się w dłoni, bo ręce przestały drżeć, spacer, którego nie musiałam przerywać, żeby zrobić kolejną kreskę. To były małe gesty, te najbardziej prozaiczne, które dotąd krzyczały: „jeszcze chwila, jeszcze jedna”. Teraz milczały. I ja słyszałam ciszę, która nie była pustką, tylko przestrzenią.

    Nawyk po nawyku układał mnie na nowo. Rytuały proste jak mycie zębów, jak rozkładanie dnia dawały mi ramę, w której mogłam stać prosto. Wstać o tej samej godzinie. Zjeść śniadanie. Posprzątać. Zaplanować. Nie dla kogoś, nie żeby wyglądać na „ogarniętą”, ale żeby nie wrócić na autostradę do nikąd. To były ćwiczenia wolności: systematyczność, która uczyła mnie, że wolność też potrzebuje dyscypliny.

    Byłam w sobie. I to było najbardziej zaskakujące nie w sensie „lubię siebie”, tylko w sensie: potrafię być ze sobą bez paniki. Usiąść przy oknie i nie szukać ucieczki. Patrzeć na ludzi na ulicy, nie próbować ich kupić uwagą, nie prosić o potwierdzenie, że istnieję. Czułam jak moja skóra odpuszcza. Jak ciężar z barków się odsłania i znika w powietrzu. Lekkość, która nie jest pustym słowem to była fizyczna zmiana: oddech wolniejszy, krok spokojny, głos własny.

    Miasto grało inaczej. Zwykłe dźwięki tramwaj, jakiś sprzedawca, śmiech obcej pary nie były teraz tłem do paniki, tylko fakturą dnia. Rezonowałam z tym tempem. Nie musiałam gonić rytmu, bo znalazłam swój. Było w tym coś dziecinnego i dorosłego jednocześnie: radość z małych rzeczy, i świadomość, że mogę trwać.

    Najważniejsze: nie czułam już pustki, którą kiedyś wypełniałam dragami. Zamiast tego pojawiła się wdzięczność nie wielka i patetyczna, tylko miękka, codzienna. Za ciszę poranka. Za kubek kawy dokończony do dna. Za to, że mogłam przytulić się do siebie i nie uciekać. To była wdzięczność, która nie wymagała bezzasadnych gestów — tylko obecności.

    I wtedy przyszło to: najlepszy czas. Nie dlatego, że wszystko zostało naprawione. Nie. Bo wciąż było dużo do zrobienia. Ale pierwszy raz od dawna wiedziałam, jak smakować dzień. Jak oddychać bez lęku, jak dotknąć własnego życia bez rękawic ochronnych.

    To była wolność, która nie jest epickim wykupieniem biletu na wieczne szczęście to była wolność, która pozwalała mi stać przy oknie i patrzeć, nie chcąc już nigdzie uciekać.

  • Autor: Anais Crow

    Narkoman to chodzący chaos nieprzewidywalny nawet dla samego siebie. Myślisz, że już wszystko wiesz o chorobie, że znasz wszystkie sztuczki własnej głowy, a ona i tak wyciąga asa z rękawa. I tak właśnie było ze mną. Wiedza, samoświadomość, doświadczenie a mimo to przegapiłam głody, zlekceważyłam wyzwalacze, nie odsunęłam toksycznych znajomości. Efekt? Zaćpałam.

    Ale to zaćpanie było inne. Zamiast ulgi przyszła fala wstydu. Zamiast „jest dobrze” – autoagresja i depresja. Nienawidziłam siebie za to. Nie wiedziałam, co zrobić, jak to odkręcić. W głowie jazda bez trzymanki, a jednak… w poniedziałek poszłam prosto do terapeutów i przyznałam się. To był dla mnie moment przełomowy – nie uciec, nie kłamać, tylko stanąć w prawdzie.

    Dali mi drugą szansę. A ja po raz pierwszy poczułam, że ktoś wierzy we mnie bardziej niż ja sama. Na społeczności opowiedziałam wszystko grupie. Bałam się oceny, potępienia, ale spotkało mnie coś odwrotnego dostałam mnóstwo trafnych, mocnych informacji zwrotnych i wsparcie, jakiego wcześniej nie znałam.

    I właśnie wtedy, w tym wstydzie i upadku, rozpoczęła się moja prawdziwa terapia. Nie wtedy, gdy podpisałam papiery, nie w pierwszym tygodniu, ale tam gdy zobaczyłam, że nawet upadając mogę zostać podniesiona.

  • Autor: Anais Crow

    Pierwsze dni terapii przypominały mi trochę rozgrzewkę przed walką niby nic wielkiego, a pot człowiekowi spływa po plecach. W poniedziałek jeszcze czułam się jak nieproszony gość, jakby ktoś mnie wsadził do obcego świata. Ale już po kilku dniach złapałam rytm. Ośrodek miał swój własny zegar społeczności, zajęcia, krótkie przerwy na kawę i papierosa a ja zaczynałam się w tym porządku odnajdywać.

    Nie było łatwo. W środku nadal darła się moja sabotażystka:

    „Po co tu siedzisz? Daj spokój, i tak nic z tego nie będzie.”

    Ale ja już nie słuchałam jej tak uważnie. Może dlatego, że widziałam, jak inni się otwierają. Jak ktoś opowiadał, że stracił rodzinę. Jak inny trząsł się cały, żeby w ogóle powiedzieć swoje imię. Każdy tu miał swoje piekło, swoje rany. To dawało mi poczucie, że jednak nie jestem wyjątkiem że nie tylko ja dostałam od życia po mordzie.

    Pierwsze ćwiczenia były dla mnie jak rozrywanie zaschniętej rany. Mieliśmy mówić o emocjach, nazywać je, a ja… ja nawet nie wiedziałam, jakie mam. Pustka. „Złość”, „strach”, „smutek” – takie banały. A we mnie siedział cały arsenał, którego nie potrafiłam ubrać w słowa. Patrzyłam na innych, którzy próbowali, i czułam dziwną mieszankę podziw, litość i złość na samą siebie, że ja ciągle uciekam w wygłupy, w gadulstwo, zamiast rozebrać się z tej swojej skorupy.

    Wracałam do domu po każdym dniu zmęczona, ale też lżejsza. Jakby ktoś wyjął mi z plecaka kilka cegieł. Nadal nie wiedziałam, co ze mną będzie. Nadal myślałam, że mogę w każdej chwili spieprzyć. Ale zaczynałam też rozumieć, że tu może być moje być albo nie być.

  • Autor: Anais Crow

    Bywa, że ludzie wchodzą w nasze życie jak turyści: robią hałas, zostawiają śmieci i odjeżdżają, nie zważając, że zostawili dziurę. Bywa też, że zostają i wtedy ich obecność staje się powolnym osiadaniem błota: drobne kłamstwo, drobne wymówienie, malejący nurt zaufania aż w końcu toniesz. Nie dramatyzujmy nad dramatem — opowiem krótko i bez lukru.

    Kłamstwo ma wagę. Nie jest to mały kamyk rzucony do wody, którego fale szybko nikną. To cegła. Cegła po cegle buduje mur między ludźmi. I kiedy ten mur stoi, żadne „przepraszam” powiedziane między kolejnymi butelkami, żadne obietnice „od jutra” nie zburzą go. Bo zaufanie nie znika w jednym momencie zaufanie umiera powoli, codziennie dokarmiane drobnymi fałszami.

    Dziś wiem, że nie ma gorszej lekcji niż ta kosztowna: wierzyć komuś, kto nie chce uwierzyć w samego siebie. Kto idzie na „terapię dla zasady”, bo tak wygodniej, bo tak trzeba, bo trzeba usprawiedliwić kolejny dzień nieodpowiedzialności. Kto kłamie prosto w oczy, żeby nie naprawiać. Taki człowiek nie szuka pomocy on szuka alibi.

    Morał? Prosty i bez kompromisów: nie dawaj drugiej szansy temu, kto uczynił z twojej ufności trampolinę do własnych upadków. Druga szansa to luksus, na który może pozwolić sobie ktoś odpowiedzialny; nie jest to darmowy bilet dla kogoś, kto regularnie pali mosty i liczy, że zapomnisz. Chronić siebie nie jest egoizmem to logika przetrwania.

    Ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby przeczytać ten tekst i roześmiać się w myślach: pamiętajcie prawda ma swoje drogi, a konsekwencje przychodzą nie zawsze natychmiast. Kłamstwo może przez jakiś czas nosić maskę dobrego humoru, ale prędzej czy później spada z twarzy i wygląda dokładnie tak, jak było: brzydko i bez wymówek.

    Chcę jeszcze dodać jedną rzecz do tych, którzy boli to, co się stało: twoja wartość nie jest wynikiem czyjegoś oszustwa. To, że ktoś był tchórzem lub złodziejem prawdy, nie pomniejsza twojej odwagi. Przyznać się do upadku, podnieść wzrok i iść dalej to jest heroizm naszych dni. Nie żałuj, że kochałaś. Bądź surowa dla kłamstwa, łagodna dla siebie.

    Na końcu do tych, którzy myślą, że nie poniosą kosztu swoich czynów: zobaczysz. Kiedyś, w ciszy, będziesz miał przed sobą własne odbicie. I wtedy albo się przestraszysz, albo zaczniesz coś naprawdę zmieniać. Oby odpowiedzialność przyszła wcześniej niż strata.

  • Autor: Anais Crow

    Dotrwałam, udało się. Brawo ja.

    Zajęcia zaczynały się o 8, a ja wstałam o 4 – żeby się ogarnąć, wyszykować, przygotować tak, jakbym szła pierwszy raz do szkoły. W głowie krążyły myśli: „co jeśli…?”, ale przecież przeżyłam swoje ciągi, więc i to przeżyję. Najgorsze jest wejście. Potem jakoś pójdzie.

    Na start oczywiście papierologia – poszło gładko. O 9 pierwsza społeczność. To ten moment, w którym przywitano mnie na grupie. Niby proste, a właśnie tego bałam się najbardziej. „Co jeśli mnie ocenią? Co jeśli będą porównywać?”. Ale zaraz, przecież tu wszyscy jesteśmy tacy sami żadnych rad, żadnych ocen, tylko prawda i praca.

    Przyszedł mój moment. Przedstawiłam się, w skrócie opowiedziałam swoją historię uzależnienia i powód, dla którego tu jestem. Padło parę pytań dziś już nie pamiętam jakich – ale pamiętam, że wtedy poczułam… jakbym trafiła na swoje miejsce. Coś jeszcze we mnie uwierało, coś wierciło się razem ze mną na tym krześle, ale wiedziałam: to jest moje być albo nie być.

    Do piętnastej siedziałam jak na szpilkach, słuchałam, patrzyłam nieufnie na innych i wciąż zadawałam sobie to samo pytanie: „co ja tu, k#rwa, robię?”. Ale przetrwałam. Nie urwało mi rąk ani nóg. Wciąż żyję. Brawo ja po raz drugi.

    Na koniec padło pytanie terapeuty: „Czy jutro będziesz?”.

    Moja odpowiedź: „Tak”.

    Wracałam do domu zmęczona, z głową pełną myśli, ale też lżejsza jakbym zostawiła tam część swojego ciężaru. A w domu czekał na mnie kot. I to było miłe. Pierwszy raz od dawna nie musiałam wracać do pustki.

  • Autor: Anais Crow

    Nadszedł dzień wyczekiwanej kwalifikacji. Stawiłam się w ośrodku o wyznaczonej godzinie, z całym pakietem dokumentów z poprzednich miejsc, jakbym niosła akta jakiejś recydywistki. Czekałam, aż ktoś wywoła moje imię.

    I wtedy pojawiła się ona – szczupła blondynka, z uśmiechem, który miał mnie rozbroić. Zaprosiła mnie na rozmowę. Usiadłam naprzeciwko niej w fotelu i… pustka. Głowa podpowiadała: „nie mam pojęcia, co jej powiedzieć”. Ale gęba zrobiła po swojemu wyrzuciła z siebie wszystko, co ślina przyniosła na język. Że mam dość, że jestem zmęczona tym ciągłym ćpaniem, tym, że nic się nie zmienia, że kręcę się jak chomik w kółku, bez końca, bez sensu.

    Wygadałam się. Ulżyłam sobie. Widziałam, że mnie słucha, że coś zapisuje. Ale czy wzbudziła moje zaufanie? Nie. To nie było takie proste. Prawda jest taka, że gdyby mnie nie zatrzymała, zagadałabym ją na śmierć i wyszła z tego rozmowa, w której paradoksalnie i tak zostałam przy swojej nieufności.

    Wynik kwalifikacji – pozytywny. Mogę rozpocząć terapię. Ustaliliśmy termin. Formalność odhaczona.

    A potem wróciłam do domu i, jak zawsze, odezwała się moja wewnętrzna sabotażystka. Że coś z tą terapeutką jest „nie tak”, że nie wzbudziła mojego zaufania, że może to wszystko nie dla mnie. Ale zaraz przecież obiecałam sobie otwarty umysł, obiecałam słuchać terapeutów, a nie własnych wymówek. Pierwszy krok zrobiony. Drugi też. Nie ma odwrotu.

    Trzeba było tylko przeczekać do 26 października. I nie ćpać.

  • Autor: Anais Crow

    Doczekaliśmy września. Poszłyśmy z Młodą na rozpoczęcie roku szkolnego w dobrych nastrojach. Wakacje były udane, wróciłam do zdrowia i do względnego spokoju.

    Warszawa przywitała mnie znanym mi zapachem i gwarem, tęskniłam za moim ukochanym miastem.

    Miałam gdzie mieszkać, zaczęłam się urządzać, przywracać równowagę i pakować na moje wakacje. Marzyłam o takich wakacjach od dawna i tym razem mi się udało spełnić to marzenie. Pod koniec pierwszego tygodnia września poleciałam do Turcji. Odpocząć, wytrzeźwieć do końca i skupić się na sobie i na tym, co dalej. Słońce, plaża, ciepłe morze i czego chcieć więcej?! Poznałam fajnych ludzi, zwiedzałam, opalałam się. Doznałam takiego high life, jakiego dawno nie miałam.

    Spacerując nocami po plaży, brzegiem morza, myślałam co dalej?! Co zrobić po powrocie do domu? Zaczynałam dostrzegać plusy trzeźwienia, nie uskuteczniałam wiecznego czarnowidztwa, brak zjazdów i czułam tę zapomnianą wolność duszy. Aż w końcu zawarłam ze sobą i tą drugą pakt. Ostatni raz podejmuję próbę leczenia. Jeśli tym razem ośrodek mi nie pomoże wrócę do dragów.

    Warunek był jeden: podejdę do tej terapii inaczej. Z otwartą głową i sercem. Będę słuchać zaleceń i terapeutów. Będę przestrzegać zasad. Tym razem będę robić po „ich”, bo skoro do tej pory po mojemu nie wychodziło, to znak, że trzeba coś zmienić.

    Z takimi postanowieniami wróciłam do domu. Niestety, ostatniego dnia dopadł mnie „covid”. Do pracy już nie wróciłam. Zdecydowałam się na terapię dzienną. Z racji tego, że miałam wirusa, musiałam to przeczekać. I jakżeby mogło być inaczej? Myśli rezygnacyjne i głód uderzyły z podwójną siłą, bo skoro się rozchorowałam, to może znak, żeby odpuścić terapię. W głowie myślotok.

    Miotałam się pomiędzy rozsądkiem a pragnieniem. W końcu, kiedy wirus odpuścił, Pan T. zawiózł mnie do ośrodka. Pilnował, żebym do niego weszła. Samo miejsce wywołało we mnie szybsze bicie serca i pytanie w głowie: „k#rwa, co ja tu robię?”.

    Ale i tym razem tak jak wtedy w Sylwestra w Luzztro rozsądek wygrał. Weszłam do sekretariatu, a tam przywitała mnie z uśmiechem moja (dziś już) ukochana Pani Nutka. Wszystko wytłumaczyła, wyjaśniła jakie skierowanie, co potrzebne i otworzyła kalendarz, kiedy jest wolne miejsce na kwalifikacje.

    I wtedy, z tym całym strachem, pamiętam jak dziś, powiedziałam: „Błagam Panią, niech mnie Pani nie odsyła z kwitkiem, bo boję się, że już nie wrócę”. I nie odesłała. Termin został wyznaczony.

    Musiałam te kilka dni wytrzymać. Wyszłam jakaś taka lżejsza, jakby kilka kilogramów ciężaru zostało tam, w sekretariacie. Dziś mogę powiedzieć jedno: kocham tę kobietę, bo uratowała mi wtedy życie.

    I tak zaczęłam odliczać czas do kwalifikacji przyjęcia do ośrodka.

  • Autor: Anais Crow

    Od dawna wiem, że moim sposobem na głód, na porażki i własną bezsilność jest sen. Nie zwyczajny, nie ten codzienny. To hibernacja. Zanurzam się w ciemność jak niedźwiedź, który przeczuwa zimę, tylko że moja zima trwa bez końca. Zasłaniam okna, nie wpuszczam światła w mieszkaniu robi się chłód grobowca, powietrze stoi nieruchomo, a ja spadam w sen, który nie daje odpoczynku, tylko wymazuje istnienie.

    Sen chroni mnie przed tym, co czeka na zewnątrz, i przed tym, co mogłoby kusić wewnątrz. Dzięki niemu nie sięgam po truciznę, którą kiedyś nazywałam ulgą. Ale to nie jest zwycięstwo to raczej uwięzienie. Izoluję się od bliskich, a najbardziej od siebie. Gubię własne odbicie, a cisza zaczyna mówić w moim imieniu.

    Wiem, powiecie: „to nie jest droga”. Ale gdy nie widzisz żadnej innej ścieżki, najbezpieczniej zaszyć się w mroku. Tyle że bezpieczeństwo w grobowcu jest złudne. Mija wiosna, lato się kończy, a jesień staje u progu z pustym spojrzeniem. Jesień zawsze była dla mnie czasem dziwnych rozkwitów tylko nie wiem, czy tym razem zakwitnie coś dobrego, czy kolejna trucizna.

    Boję się o siebie. Boję się własnych myśli. Tego jednego zdania, które pojawia się w głowie jak szepty zza ściany: „ulżyj sobie, tylko raz.” A ja wiem, że raz to zawsze początek. Raz to lawina. Raz to powrót w ciemność, z której mogę już nie wyjść.

    Hibernacja jest moim ratunkiem i moim przekleństwem. Trzyma mnie w bezruchu, chroni przed upadkiem, a jednocześnie powoli mnie zjada. I nie wiem, co jest gorsze — obudzić się i stanąć twarzą w twarz ze światem, czy spać dalej, aż ciało nauczy się żyć bez duszy.

    Na koniec bo lubię zostawiać coś, co drapie w myślach:

    Zasypiam jak oblubienica nocy. Budzę się, kiedy świat nadal nie ma dla mnie odpowiedzi. I choć wiem, że sen mnie trzyma, to czasami boję się, że trzyma mnie za mocno.

  • Autor: Anais Crow

    Taplałam się w tym swoim gównie i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby odstawić dragi. Bo niby po co? I tak wszystko było do dupy. Rzeczy zapakowałam do przechowalni, zostałam z walizką najpotrzebniejszego. Na chwilę uratowała mnie szefowa wcisnęła mnie do firmowych apartamentów, czynsz ściągnęła z wypłaty. „Masz miesiąc, żeby się ogarnąć”. Jasne… przecież ja wtedy nie ogarniałam nawet własnych myśli.

    Pracowałam, padałam na twarz, spałam gdzie popadnie na zmianie, na zapleczu, byle tylko nikt nie zauważył. Ale jak to w życiu bywa wszystko się sypie. Druga nagana. Dywanik. Ultimatum: albo coś ze sobą zrobię, albo koniec współpracy. I to był moment, w którym nawet dno zaczęło mnie od siebie odpychać.

    Wyjechałam na urlop. Dwa tygodnie z córką. I to był punkt zwrotny. Nie z jakiejś wewnętrznej mocy, nie z bohaterstwa ja po prostu nie miałam już siły. Z dnia na dzień przestałam brać. Zejście? Piekło. Gorączka, dreszcze, kości jakby miały pęknąć od środka. Myślałam, że się przekręcę. A w tym wszystkim ona moje dziecko. Przytulała mnie, dbała o mnie, bez żadnych pretensji. Ja, wrak człowieka. Ona cała miłość i troska, jakiej potrzebowałam.

    Obiecałam jej, że zabiorę ją nad morze. I słowa dotrzymałam. Dzięki Panu T. udało się znaleźć mieszkanie, udało się też wyrwać na tydzień nad Bałtyk. Pamiętam ten pierwszy oddech wolności. Wschód słońca, szum fal i ja bez dragów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam taką ulgę. Każda godzina na trzeźwości była jak nowe życie. Inne myśli, inne spojrzenie, inne wnioski.

    Nie było łatwo codziennie toczyłam bitwę z głodem, z pragnieniem, z tym cholernym pytaniem: „co dalej?”. Ale pierwszy raz od dawna poczułam, że mam wybór. Nie tylko reagować, ale decydować. Nie tylko przetrwać, ale spróbować żyć.

    Maj mnie obudził. Nie przez wielkie objawienie, tylko przez małe rzeczy uśmiech dziecka, spacer wzdłuż brzegu, kubek kawy wypity bez trzęsących się rąk. To jeszcze nie była wygrana, ale pierwszy prawdziwy oddech.

  • Autor: Anais Crow

     I mimo że w środku mam chęć na odrodzenie, rzeczywistość wygląda inaczej: izolacja, pustka w portfelu, bolące zęby, cisza od wydawnictwa, terapia która powtarza mantry o czasie i lepszym jutrze.

    Brzmi jak banał, ale to nie jest banał. To codzienność, w której każdy krok jest zużywającą się baterią. Nie chcę romantyzować bólu ani dramatyzować wytrwałości po prostu mówię: czasami dług trzeźwości zostaje niewidoczny. I tak, wiem, że „to normalne”, że to etap, że ma minąć. Ale ja już nie mam siły udawać, że widzę tamten punkt gdzie „ma być lepiej”.

    Odraczam. Daję sobie 24 godziny. To mały, brudny, uczciwy rytuał: nie ulegnę dziś impulsowi do ulgi. Jeśli to czytasz i rozumiesz to przynajmniej na poziomie kości — napisz. Nie musisz opisywać wszystkiego. Napisz: „Jesteś?”. Wystarczy.

    Piszę dalej, bo nawet kiedy słowa wyglądają na bezsens, są jedyną mapą, jaką potrafię stworzyć. Nie mówię, że wiem jak wyjść z tego całkowicie, mówię, że póki co chcę wytrwać w kolejnym 24-godzinnym oknie. Chcę, żeby ktoś wiedział, że to nie jest heroizm. To jest walka o jutro.

  • Autor: Anais Crow

    Kwiecień przeminął niewidocznie jak sen po którym nie pamiętasz twarzy. A potem przyszedł maj: słońce, pierwsze prawdziwe zielone pąki, powietrze, które pachniało jak obietnica. Kocham maj. Nie dlatego, że się w nim urodziłam, lecz dlatego, że zawsze mi coś w nim pękało i coś we mnie się zaczynało namnażać. Natura restartowała się, a ja z nią tylko że moje „przebudzenia” nigdy nie były bezkosztowe.

    Zryw energii nadepnął mi na odcisk i wciągnął nowego mężczyznę na orbitę: Pan T. Opiekun, ktoś, kto wpadł w moje życie dokładnie wtedy, kiedy byłam gotowa wierzyć w cokolwiek. Nie będę się rozwodzić on dał mi pomoc i zaprowadził mnie w jedno wyjątkowe miejsce, za co mu dziękuję, choć ból pomiędzy tym wszystkim nadal jest. Był to jednak błąd. Największy z serii.

    W urodziny poleciałam do Szkocji. Piękno miejsca, fala nowości to było jak narkotyk osobny. Zakochiwałam się w podróżach, w miejscach, w obsesjach na punkcie obcych mężczyzn. Myślałam, że złapałam Boga za nogi. Miało być cudownie. Było intensywnie. I prysło. Bo kiedy wyczujesz dragi w powietrzu to już koniec. A jeśli jesteś czyjąś opcją, nie priorytetem, to prędzej czy później obudzisz się z ręką w nocniku.

    Robię to sobie regularnie zgadzam się na iluzje, wierzę w nie, a potem zostaję spalone. Byłam naiwną mistrzynią autooszustwa. Porażka miażdży i moje remedium? Amfetamina. Tak, wróciłam do starego kochanka. Od czerwca do sierpnia diler był moim najlepszym znajomym: dzwoniłam codziennie, prosiłam, błagałam. Wiedziałam, że to destrukcja i paradoksalnie, to dawało mi poczucie kontroli.

    Problemy lały się jak deszcz. Przeprowadzka wisiała nad głową jak miecz Damoklesa, nie miałam gdzie pójść. Porażki w relacjach, chaos w pracy, spóźnienia, zasypianie na zmianach bo sił brak. Towarzystwo „Młodego” niczego nie naprawiało: on palił crack, alfę, a dla mnie miał tylko grudę i zielsko. Jakim cudem jeszcze wtedy funkcjonowałam — do dziś nie wiem.

    To, co później przyszło, porównywałam do walki o życie. Jak zmartwychwstanie wychodziłam z tego, składałam się na nowo. Ale życie miało inne plany: przyszło spakować się i wynieść. Kilka pudeł, walizka, zamknięte drzwi za sobą. Historia zatoczyła kolejne koło i znów poczułam, że stoję na linii startu biegu, którego trasa prowadzi prosto w przepaść.

    Maj dał mi energię i zabrał spokój. To było przebudzenie, które zamiast ratować, postawiło mnie na krawędzi. I tak kończy się ten akt: z walizką w ręku, z sercem rozsianym na drobne kawałki i z myślą, że następny ruch świata zadecyduje, czy padnę, czy jeszcze się odbiję.

  • Autor: Anais Crow

    Po tej nocy w Niemczech, kiedy w jednej chwili znalazłam się na ulicy – boso, naćpana, w samej koszulce wróciłam do Warszawy jak zbity pies. Wsiadłam w pierwszy lepszy autobus, z twarzą przylepioną do szyby, udając, że mnie nie ma. Każdy kilometr oddzielał mnie od tamtej sceny, a jednocześnie wbijał jeszcze głębiej w świadomość, że znowu dałam się upokorzyć.

    Warszawa przywitała mnie tak samo jak zawsze: hałasem, spalinami i obojętnością. Ale tym razem było inaczej. To miasto miało puls, a ja byłam martwa w środku. Zamknęłam się w mieszkaniu i… zniknęłam.

    Dni traciły kształt, zlewały się w jeden szary, lepki sen. Trwałam w tym jak uwięziona w formalinie, bez życia, bez planu, bez nadziei.

    Ale wiosna przyszła mimo wszystko. Promienie słońca wdzierały się przez zasłony, jakby chciały rozciąć tę skorupę, w której tkwiłam. I wtedy, kiedy wydawało się, że nic się już nie wydarzy – zadzwonił On.

    Telefon zadzwonił i w słuchawce rozbłysnął jego śmiech ten sam, który zawsze brzmiał jak wyrok: „Hahaha, Maleńka, żyjesz! Wiedziałem, że sobie poradzisz.” W jednej chwili cały mój świat zbił się w jedno zdanie: byłam jego zabawką. Marionetką. I to nie była żadna nowość tylko fałszywe poczucie, w które uwierzyłam, bo tak wygodniej.

    Rozmowa z nim nie była rozmową. To był rozkaz zapakowany w pieszczotę. A gdzieś pod tym, pod tym cieniem troski, siedziała tylko jedna myśl: ulga. Natychmiast. Potrzeba, która paliła od środka i nie pytała o sens tylko o skuteczność. Rzuciłam wszystko. Telefon, torebkę, resztki godności i ruszyłam po to, co znałam najlepiej.

    Tu włączył się automatyzm, wyćwiczony przez lata: narkomańska sprawność w zdobywaniu towaru. Dla mnie nie było rzeczy niemożliwych nawet z dna piekła wygrzebałam grudę. Pragnienie było komendą, a ja reagowałam. Zawsze spadałam na cztery łapy, sunęłam cicho jak wąż i brałam, co miało mi przynieść ulgę.

    Ta rozmowa była początkiem najdzikszej odysei. Ćpałam, piłam, mieszałam substancje eksperymentowałam z mieszankami, które chwilę wcześniej wydawały się tylko teorią. Czułam chwilową potęgę i natychmiastowy upadek; euforia przechodziła w pustkę, pustka w panikę, panika w kolejną kreskę. Brak równowagi zamienił się w rytuał, a rytuał w codzienność.

    Wszystko to rozgrywało się z prędkością, która nie zostawiała czasu na refleksję. Każdy następny impuls był silniejszy, każda dawka głębsza aż w końcu przestałam liczyć dni. To, co miało dać zapomnienie, dawało tylko kolejne rysy na szkle: pęknięcia, które powiększały się z każdą nocą.

    To był dopiero początek. Degrengolada rozkręcała się jak film, w którym już nie potrafiłam znaleźć wyjścia. Następny akt nie pytał o litość.

  • To, co Joanna napisała o hibernacji emocji, mocno wybrzmiało też we mnie. Emocje potrafią zasnąć jak niedźwiedź zimą – zamiast płynąć, zamrażają się w ciszy. Opisałaś ten mechanizm tak klarownie, że aż trudno nie zatrzymać się przy Twoich słowach. Wiele osób odnajdzie w tym kawałek siebie. Dziękuję Ci.

    Z wdzięcznością A.C. 🖤

  • Autor: Anais Crow

    Po wszystkim zamknęłam się w swoim świecie. Wychodziłam tylko do pracy, a tam zakładałam maskę uśmiech, żarty, pozory normalności. Prowadziłam live’y, ale tylko w pracy, bo tam jeszcze dawałam radę udawać, że jest okej. W sieci wyglądało to jak życie, a w rzeczywistości byłam jak martwa.

    Po powrocie do mieszkania drzwi zatrzaskiwały się za mną jak wieko trumny. Zasłaniałam okna, odcinałam się od świata. Nie spotykałam się z nikim, nie odbierałam telefonów. Żadnych znajomych, żadnych spacerów, żadnych imprez. Tylko praca i moje cztery ściany.

    Dni zlewały się w jeden, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Byłam jak zahibernowana ciało funkcjonowało, ale dusza spała. Czas przestał mieć znaczenie, istniałam w zawieszeniu, między snem a jawą, między oddechem a bezruchem.

    Ale tak jak przychodzi wiosna po najbardziej martwej zimie, tak i we mnie zaczęło rodzić się coś nowego. Jeszcze ciche, jeszcze niepewne, jak pierwsze pąki na drzewach. Czułam, że coś się zbliża. Kolejny przełom, kolejne przebudzenie.

    📞 Telefon od Kacpra.

    Dla mnie to miało być pożegnanie. Dla niego – nie wiem, kolejna rozrywka psychopaty? Być może. A jednak podniosłam słuchawkę.

    I tak, skoro wiosny, z pierwszymi promykami słońca poleciałam do niego. Odebrał mnie z lotniska jak księżniczkę luksusowym autem z kierowcą. Wszystko wyglądało jak sen, a ja, naiwna, chciałam wierzyć, że może tym razem będzie inaczej.

    Ćpaliśmy razem bo zostało mi udzielone „zezwolenie”. Tylko że tym razem nie zawiózł mnie do hotelu ani do wynajętego apartamentu. Zabrał mnie do swojego domu. I nie mam pojęcia, dlaczego wtedy nie zapaliła mi się żadna lampka ostrzegawcza. Oj, nie wiem… może dlatego, że byłam naćpana, a rzeczywistość rozpływała się jak we mgle.

    Nad ranem drzwi otworzyły się z hukiem. Wpadła ona. W sekundę złapałyśmy się za łby, awantura, krzyki i ułamek sekundy później znalazłam się przed domem. Na boso. W koszulce i majtkach. Naćpana. Historia jak z taniego romansu, groteskowa, upokarzająca. Ale tak właśnie się dzieje, kiedy ćpasz tracisz kontrolę, a razem z nią dostrzeganie rzeczywistości.

    Pomógł mi ich sąsiad. Zabrał do siebie, zrobił herbatę, pozwolił się wykąpać. Obca przystań, chwilowe schronienie. Poprosiłam tylko, żeby zorganizował mi transport. Odwiózł mnie na dworzec. Wsiadłam w najbliższy autobus i wróciłam do Warszawy.

    I wtedy zniknęłam.

  • Autor: Anais Crow

    Po odkryciu prawdy o Piotrku miałam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg. Nie było ucieczki, nie było ułudy, która mogłaby mnie ratować. A wszystko, co budowałam w relacji z Kacprem, zaczęło mnie nagle dusić. On nauczyciel, przewodnik, tyran stał się częścią tej samej układanki bólu. Nie chciałam już lekcji. Nie chciałam słów, które wbijały mi się w głowę jak gwoździe.

    Zaczęłam się od niego odsuwać. Najpierw były rzadziej odpisywane wiadomości, później coraz krótsze rozmowy. W końcu cisza. Nie potrafiłam mu wytłumaczyć, że teraz każdy jego głos przypominał mi o tym, kim się stałam. O tym, że pozwoliłam mu obudzić we mnie część, która żywiła się mrokiem i nienawiścią.

    On wyczuwał, że tracę grunt, że wymykam się spod jego wpływu, ale nie walczył o mnie. Był taki, jak zawsze – chłodny, wyrachowany, pewny siebie. W mojej głowie zostało jego echo: „Jesteś wielka, bo ci pozwalam”. A ja w końcu odpowiedziałam: „Nie. Bo mogę”.

    Zerwanie z nim było jak odcięcie kroplówki, od której byłam uzależniona. Bolało. Drżałam jak w delirium. Ale wiedziałam, że jeśli zostanę zniknę. Rozpuści mnie do zera, aż nie zostanie nic poza Suzi.

    Byłam wolna.

    A jednocześnie kompletnie sama.

    Ta samotność była nie do zniesienia. Nie miałam go, nie miałam Piotrka, nie miałam matki, z ojcem nie mogłam o tym rozmawiać. Więc znowu sięgnęłam po to, co znałam najlepiej. Dragi.

    Podwójne dawki, niekończące się ciągi, tygodnie, które spływały w jedno wielkie otępienie. Leżałam w łóżku jak martwa, karmiąc Suzi, żeby rosła w siłę.

    Myślałam, że prawda mnie uwolni. Tymczasem prawda odebrała mi ostatni punkt oparcia.

  • Autor: Anais Crow

    Kiedy puzzle ułożyły się w całość, myślałam, że poczuję ulgę. Że to będzie jak zdjęcie z ramion worka, który dźwigałam od dziecka, nie wiedząc, co w nim jest. Ale było inaczej. Prawda nie wyzwoliła mnie. Ona mnie dobiła.

    Zamiast oddechu przyszła pustka. Taka, której nie da się zapełnić niczym ani alkoholem, ani dragami, ani ludźmi. Patrzyłam w lustro i miałam wrażenie, że odbicie się ze mnie śmieje. Suzi cieszyła się z tego odkrycia, bo wiedziała, że im bardziej ja cierpię, tym silniejsza staje się ona.

    Czułam się tak, jakbym zdradziła Piotrka bo dopiero po dwudziestu latach pojęłam, o co chodziło. Jakby moje milczenie przez te wszystkie lata było współudziałem. Nikt nie przygotowuje cię na moment, w którym odkrywasz, że twoje dzieciństwo było cichą zbrodnią, a twoja własna matka katem w domowych ścianach.

    Chciałam krzyczeć, walić pięściami w ściany, iść do niej, spojrzeć jej w oczy i wykrzyczeć: „To twoja wina!”. Ale ona nie żyje. Zabrała ze sobą do grobu swoje wersje, swoje kłamstwa i to cholerne milczenie, które zostawiło mnie bez odpowiedzi. Mogę mówić do jej zdjęcia, do pustego grobu, do wspomnienia ale to nigdy nie da mi konfrontacji, której tak bardzo pragnęłam.

    Ojciec też nie był odpowiedzią. Pogrążony we własnym zmęczeniu, w swoim świecie, udawał, że niczego nie widzi. Zostawił mnie z tym samą.

    Więc zostałam z wiedzą, z bólem i ze swoim alter ego, które rosło na tym cierpieniu. Miałam wrażenie, że stoję na granicy: po jednej stronie przepaść, po drugiej pole bitwy. Żadna opcja nie była bezpieczna.

    I wtedy zrozumiałam – prawda to nie jest wyzwolenie. Prawda to nóż, którym można otworzyć oczy, ale też przeciąć własne gardło.

  • Autor: Anais Crow

    Odzyskane wspomnienia dudniły mi w głowie jak bębny wojenne. Nie byłam w stanie zagłuszyć ich nawet dragami. Nic nie pomagało. Przez trzy dni byłam żywym trupem, unieruchomiona w łóżku, wijąca się z boku na bok, jakby samo ciało chciało wyrzucić ze mnie ten ciężar. Co ja miałam teraz zrobić z tą wiedzą? Jak żyć, skoro obraz wrócił i już nie dało się go wymazać?

    Piotrek trzymał mnie na rękach, kiedy mówił:

    „Słuchaj, Ciuczku… musimy się pożegnać. Na zawsze. Ojciec już wrócił do domu”.

    Łzy płynęły mu po policzkach, a ja nie rozumiałam, dlaczego to ma być pożegnanie ostateczne. Wyrzeźbił dla mnie drewniane serce, zostawił na ławce swoją bluzę pachnącą nim jakby chciał, żebym miała coś po nim, gdy jego już zabraknie. Wyszedł. I nigdy nie wrócił.

    Dwadzieścia lat czekałam na to wspomnienie, aż wróci. Przyszło nagle, w najmniej spodziewanym momencie, a potem otworzyła się lawina. Puzzle zaczęły wysypywać się z szuflady i układać w całość.

    Słyszę jego słowa: „Powieszę się, jak wróci ojciec. Wtedy będę mógł”.

    Widzę go w garażu, jak wszystko przygotowuje, jak układa sznur, jak uspokaja swoje sumienie. Widzę jego oczy gasnące, tracące blask. On to planował. On się żegnał.

    A w tle znany głos matki: „Jak ojciec wróci, to zobaczysz. On z tobą porozmawia”.

    Jak kat stojący nad skazańcem, powtarzała w kółko te same słowa. Tak jak robiła to ze mną oceniała, wyzywała, porównywała, straszyła. Tylko że ja miałam w sobie twardszą skorupę, więcej złości. On był inny – wrażliwy, delikatny, miękki w środku. Został sam. Choroba ukochanego brata, brak wsparcia, matka przerzucająca na niego odpowiedzialność za wszystko. Był dziewięcioletnim chłopcem, a musiał zastępować mężczyznę w domu. Brata, ojca, męża – wszystkich naraz.

    Ostatnia rozmowa przed powrotem ojca matka wciskała mu słuchawkę do ręki, a on uciekał, płakał, nie chciał. Awantura, pretensje, jej ryk, oskarżenia. To była tortura, codzienna egzekucja psychiki. I on się poddał.

    Nie powiesił się przez ojca.

    Powiesił się przez nią.

    To ona była odpowiedzialna za jego śmierć.

    Ona odebrała mi cały świat.

    Zniszczyła go psychicznie, aż nie miał już siły, by powiedzieć jej: „Pierdol się”. Gdyby miał choć cień mojego charakteru, może by przeżył. Może uciekłby i żył do dziś. Ale on wybrał mniejsze zło skończył swoją wartę, wiedząc, że po powrocie ojca ktoś inny przejmie ciężar.

    Dwadzieścia lat później zrozumiałam, że matka żyła z tym poczuciem winy. Może gryzło ją sumienie. A może po prostu zakopała je tak głęboko, że sama zaczęła wierzyć w swoją wersję. Zapytałam ojca czy wiedział, czy się domyślał?

    Ale odpowiedzi nigdy nie dostałam.

  • Autor: Anais Crow

    Po powrocie do Polski niewiele się zmieniło. Właściwie jedno – jeszcze bardziej się z Nim związałam. Byłam z nim jednością, cieniem, odbiciem. Wszystko, czego mnie nauczył, zaczęłam testować na ulicy, w sklepie, w autobusie. Niby drobnostki – nie ustępować ludziom miejsca, patrzeć im w oczy, czuć się silniejszą ale w moim przypadku działały jak amfetamina w żyłach. Rosłam. Byłam pewniejsza, bo wiedziałam, że On stoi za mną.

    Podporządkowałam się jego woli. Żyłam w jego łasce, a czasem w niełasce. Potrafił krzyczeć jak opętany, by zaraz po chwili mówić spokojnym tonem psychopaty, który trzyma wszystko pod kontrolą. Obserwowałam, jak traktuje ludzi, swoich pracowników, swoją kobietę. Czasami miałam odruch wymiotny słuchając tego wszystkiego, ale nigdy nie dałam po sobie poznać. Musiałam być niezniszczalna. Musiałam przetrwać, bo to miało być dla wyższego celu.

    Poleciałam do niego ponownie, tym razem do Dortmundu. Nie odstępowaliśmy się na krok. Patrzyłam, jak pracuje, jak manipuluje, jak rozstawia ludzi po kątach. Przesiąkałam tym, tak jak gąbka przesiąka krwią. Każda wizyta u niego była dawką adrenaliny jak narkotyk sam w sobie. Mówił, że mi ufa. Że przy mnie może spać spokojnie. Że nikt obcy nie był tak blisko niego. A ja czułam się dumna, wyróżniona, jakby wciągnął mnie do kręgu, w którym nie ma już powrotu.

    Ale nie oszukujmy się to była toksyczna relacja, balans na krawędzi obłędu i fascynacji. Coraz częściej łapałam się na tym, że rozważam, czy byłabym zdolna zrobić drugiemu człowiekowi krzywdę, gdyby nie było konsekwencji. Dziś wiem, że przy nim zrobiłabym wszystko. Każdą granicę mogłam przekroczyć. Był niebezpiecznym człowiekiem, a ja byłam gotowa być jego bronią.

    Z czasem jednak jego fascynacja mną opadła. Przestałam być ulubienicą, stałam się nikim. Cierpiałam. Rozdzierało mnie od środka, więc sięgnęłam po stare lekarstwo – narkotyki. W podwójnych dawkach, bez hamulców. Potrafiłam nie wychodzić z pokoju przez dni, sparaliżowana, pogrążona. Ja nie miałam już siły walczyć, ale ta druga – Suzi – rosła. Ona przejmowała kontrolę, a ja jej na to pozwalałam.

    Zemsta była jedynym słowem, które dudniło mi w głowie. Postanowiłam wykorzystać przeciwko niemu wszystko to, czego sam mnie nauczył. A on? Jakby czytał moje myśli zadzwonił. I gdy zaczęłam pokazywać pazury, zamiast posłusznie przyjmować ciosy, był ze mnie dumny. „W końcu pokazujesz, kim jesteś naprawdę” – mówił. Stawałam się jego lustrzanym odbiciem. Bezwzględna. Okrutna. Mściwa.

    Ale to, co miało być zabawą w toksyczną symetrię, w końcu pękło. Uzależniłam się od niego. Brakowało mi jego dyscypliny, jego obecności. Zaczęłam fantazjować, że odbiorę mu to wszystko, co miał kobietę, dziecko, dom. Miałam przewagę: nikt nie brał na poważnie „małej dziewczynki”. Ale pod jej skórą siedziała Suzi – gotowa spalić cały świat.

    I właśnie wtedy zaczęłam wchodzić w najdłuższy ciąg. Dni trzeźwe zdarzały się rzadko. Blokada w mojej głowie puściła. Puzzle zaczęły się układać, fakty łączyć. Wróciły wyparte wspomnienia, wyrwane z mroku jak kadry z filmu. I nagle po dwudziestu latach odkryłam prawdę.

    Dlaczego mój brat się powiesił.

    Prawda była przerażająca. Nie do pojęcia.

    Nie miałam z kim o tym porozmawiać. Musiałam stawić temu czoła sama.

    I wiedziałam jedno to będzie moment decydujący.

    Albo się podniosę.

    Albo zginę.

  • Autor: Anais Crow

    Wkraczał w moje życie coraz bardziej i bardziej. Pochłaniał mnie całą, tak jak i ja jego. Byliśmy dwiema niszczycielskimi siłami, które się spotkały a przecież takich sił nie sposób zatrzymać. On stworzył dla mnie nową, mocniejszą zbroję. W całej swojej toksyczności, brutalności i pogardzie dla świata – paradoksalnie – za wszelką cenę starał się wydobyć ze mnie siłę. Codziennie, jak mantrę, powtarzał:

    „Jesteś wyjątkowa. Jesteś mądra. Jesteś piękna. Możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko będziesz iść po swoje”.

    I ja, krok po kroku, zaczynałam w to wierzyć.

    Układ miał być prosty: on czuwa, prowadzi, motywuje, ale nigdy się nie spotkamy. Był jak niewidzialny nauczyciel, cień, który miał mnie nauczyć latać. Ale przecież czynnik ludzki jest zawsze nieprzewidywalny. I padło pytanie: „A może jednak chciałabyś mnie poznać?”.

    Z jednej strony byłam gotowa pakować walizkę, a z drugiej bałam się, że czar pryśnie. Że to kolejna iluzja. Ale ciekawość jak zawsze wygrała. Kupił mi bilet. I już siedziałam w samolocie. Nie wiedziałam, kto będzie na mnie czekał. Nie wiedziałam, czy w ogóle ktoś będzie.

    W Kolonii serce waliło mi jak młot. Telefon milczał. Byłam przekonana, że skończę siedząc sama na lotnisku. I wtedy zobaczyłam go idzie w moją stronę, z wielkim bukietem róż, w crocsach. Mój „Gruby na bramkę”.

    Nie był amantem z filmów, nie miał urody bożyszcza. Twarz bandziora, zwyrola, przestępcy. A jednak… czułam się przy nim jak mała dziewczynka. Zaopiekowana. Patrzyłam w niego jak w obrazek. Najbardziej podobało mi się to, że miał wszystko w dupie. Co ludzie powiedzą. Co pomyślą. Miał cholerne jaja być sobą.

    „Zobacz, ja taka paskudna świnia, a obok mnie taka piękna kobieta. Wszyscy zastanawiają się, jak to możliwe powtarzał. A dla mnie to było możliwe, bo nie patrzyłam na wygląd. Patrzyłam na mózg. I pokochałam jego mózg.

    Pokazał mi wtedy, że na ludzi trzeba patrzeć z wysoka. Z dziesiątego piętra. Wtedy są mali jak mrówki, nic nie znaczą, bo liczy się tylko jednostka. Przetrwa najsilniejszy. A ja słuchałam, chłonęłam. Jego obecność koiła moje rozszarpane nerwy.

    Los, jak zwykle, miał swój plan. Jeden ruch, jeden moment – skręciłam kolano. On wpadł w panikę, jakby to on zrobił mi krzywdę. Wezwał karetkę, siedział ze mną w szpitalu całą noc. Mimo że błagałam lekarzy o brak leków uzależniających, wstrzelili mi podwójną dawkę ketaminy. Mogłam się przekręcić. Ale nie przekręciłam się. Obudziłam się w ortezie, pod kroplówką.

    A rano on znów był przy mnie. Nie wyglądało to jak film z happy endem. Bo on miał rodzinę. Kobietę. Dziecko. Wiedzieliśmy o sobie wszyscy. Popieprzony trójkąt. Ona widziała we mnie zagrożenie i jestem pewna, że gdyby mogła, zakopałaby mnie żywcem. Ja chciałam tylko, żeby był. Żeby dalej mnie uczył.

    W końcu odwiózł mnie na lotnisko. Wsiadłam do samolotu. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Wiedziałam tylko, że cząstka mnie została tam, w Kolonii w jego spojrzeniu, w jego brudnym, bandyckim uśmiechu i w słowach, które paliły się w mojej głowie jak ogień:

    „Przetrwa najsilniejszy”.

  • Autor: Anais Crow

    Któregoś lipcowego wieczoru siedziałam w mieszkaniu, prowadząc live’a na TikToku. Standardowe towarzystwo, żarty, rozmowy o niczym i wszystkim naraz. I nagle ktoś nowy. Jego komentarze były inne niż wszystkie: mocne, prowokacyjne, przekraczające granice. I jak zawsze moja cholerna ciekawość zaczęła mnie drążyć: „Kim on jest?”. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie będzie zwykłe spotkanie online. To miał być początek życiowego survivalu. Wszechświat zadecydował, że trzeba dołożyć mi do pieca.

    Po zakończonym live w telefonie czekała na mnie wiadomość. Od niego. Tajemniczego Nieznajomego z TT. Tacy ludzie bez twarzy, tylko z głosem i słowem fascynują najbardziej. Już przy pierwszych rozmowach rozszyfrował mnie jak otwartą księgę. Wypunktował moje kompleksy, brak pewności siebie, ale też potencjał, który sama bałam się dostrzec. Jakby znał mnie od lat. Jakby widział więcej niż ja sama.

    Pisaliśmy codziennie. Najpierw TikTok, później WhatsApp. Jego głos stał się moją codziennością. Chłonęłam każde słowo, jak gąbka wodę. Był dla mnie nauczycielem i tyranem w jednym. Okrutny, brutalny, pozbawiony kręgosłupa moralnego, rasista, despota. A jednak mówił rzeczy, które sprawiały, że czułam się silniejsza, jakbym wreszcie miała kogoś, kto prowadzi mnie przez mój własny chaos.

    Postawił mi jeden warunek: zero narkotyków. Jeśli zaćpam – znika. I tak, jakby ktoś pstryknął palcami, odstawiłam towar. Bez ośrodka, bez detoksu. Wystarczyło jego słowo. Był jak diabeł, który zszedł na ziemię i zaoferował mi układ. Ja miałam być uczennicą, on mistrzem.

    To właśnie on nazwał moje alter ego. Suzi. Ona – ta z lustra – zaczęła wychodzić coraz częściej. Mroczna, bezwzględna, dzika. A on czerpał z tego satysfakcję. Fascynowała go ta przemiana, napędzał ją. „Będziesz moją najpilniejszą uczennicą” – powtarzał. I ja w to wierzyłam.

    Wkroczyłam w świat mroku, w którym zaczęłam się czuć jak u siebie. Nie wiedziałam jeszcze, że ta „lekcja” będzie najtrudniejszą, jaką przyjdzie mi zdać.

  • Autor: Anais Crow

    Po rozstaniu z Panem D. moje życie rozpadło się na kawałki. Byłam jak wydmuszka – bez sensu, bez celu, bez powietrza w środku. Cierpienie było wszechobecne, gęste, dławiące. Zamknęłam się w czterech ścianach, zagłuszając samotność alkoholem. Ale każdy łyk tylko pogłębiał pustkę. W końcu sięgnęłam po znane mi „lekarstwo” – narkotyki. Były jak stary, toksyczny kochanek: zawsze pod ręką, zawsze gotowy przyjść „z pomocą”.

    Nie pamiętam dokładnie, jak długo trwał ten ciąg. Może trzy miesiące, może dłużej. W moim świecie czas nigdy nie miał ram, dni i noce zlewały się w jedno. Dopiero gdy natura zaczęła budzić się do życia, poczułam, że i ja muszę się obudzić. Wiosna przyniosła złudną świeżość poszłam na siłownię, odstawiłam dragi, zaczęłam skupiać się na sobie. Sporadyczny kontakt z Panem D. powoli gasł, aż w końcu urwał się całkowicie. Na krótko złapałam rytm pracowałam, trenowałam, a w głowie po raz pierwszy od dawna panował względny spokój.

    Ale życie narkomana to parabola raz jesteś na szczycie, a za chwilę staczasz się w dół, w te same schematy i stare nawyki. Nie mogło być inaczej i u mnie. Zatrudniłam się w dwóch hotelach. Harowałam od 14 do 22, a potem od 23 do 7 rano. Dwa etaty, praktycznie dzień w dzień, jakby pracoholizm miał być substytutem zdrowia. W dni wolne tylko odsypiałam. A dla relaksu buch.

    Spotykałam się z Pyśką. Łaziłyśmy godzinami po Warszawie, śmiałyśmy się, gadałyśmy, czasem piłyśmy, czasem odpalaliśmy live na TikToku, jakby to mogło nadać życiu sens. Luzztro wciąż mnie wciągało, a bramy na Pradze były zawsze otwarte, gotowe, by mnie przyjąć.

    Tak dotrwałam do lata. Wzięłam córkę na wakacje do siebie. Był to jedyny czas, gdy czułam, że naprawdę żyję, że jestem mamą. Te chwile dawały mi siłę, choć wiedziałam, że to ulotna bańka.

    Na zewnątrz wszystko wyglądało poukładane praca, dziecko, znajomi. Ale wewnątrz byłam jak kula ruletki – kręciłam się po planszy, nie wiedząc, na jakim kolorze zatrzymam się tym razem. I oczywiście jak zawsze w moim życiu los już szykował kolejne zakręcenie.

  • Autor: Anais Crow

    Umówiliśmy się – nie wiem, czy to miała być randka, czy tylko spotkanie przy drinku. Tak czy siak, byłam gotowa. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale przyciągał mnie jak magnes, a ja musiałam sprawdzić, dokąd to przyciąganie mnie zaprowadzi.

    Już na początku czułam napięcie. Jedna myśl w kółko dudniła mi w głowie: być posłuszną, bezwarunkowo. Jeden drink, drugi, rozmowa płynęła, tematy same się znajdowały poglądy, spojrzenie na życie, podobny rodzaj ironii. Pomyślałam, że taki mężczyzna mógłby sobie ze mną poradzić. Ujarzmić.

    Po kolacji w Zapiecku spacerowaliśmy Nowym Światem, żartowaliśmy, tańczyliśmy między przechodniami, jakby to był nasz prywatny teatrzyk. Wieczór był pogodny, a Warszawa w styczniowym świetle udawała, że wszystko może być możliwe. Zamówił taksówkę i rozstaliśmy się z obietnicą kolejnego spotkania.

    Wróciłam do domu z głową pełną myśli i pytań, ale odpowiedź była jedna: pragnienie zawsze wygrywa. Nie zamierzałam z nim walczyć. Pan D. był uosobieniem wszystkiego, czego szukałam – silny, zdecydowany, nieustępliwy, dominujący. A ja pragnęłam przynależności, pełnego oddania, zasad. Chciałam, żeby ktoś w końcu trzymał mocno smycz.

    Zaczęliśmy się spotykać. Śniadania, obiady, kolacje. Zabierał mnie w miejsca, do których sama nigdy bym nie weszła. Czasem dawał siebie, częściej odbierał. Był surowy. Założył mi na szyję niewidzialną kolczatkę – a ja pozwoliłam. Byłam dumna. Moim celem było jedno: żeby On był ze mnie zadowolony.

    Pamiętam kolację w Jeff’s. Coś mu się nie spodobało, nie wiem nawet co. Wstał i wyszedł, zostawiając mnie samą przy stole, z mętlikiem w głowie i płonącymi policzkami. Zawsze siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zawsze mówiłam do niego „proszę Pana”, on odpowiadał tym samym.

    Byłam na emocjonalnym rollercoasterze. W jednej sekundzie potrafił dać mi niebo, w następnej zepchnąć do piekła. Czułam się jak po narkotykach, będąc całkowicie trzeźwą. Napięcie, pożądanie, pragnienie a mimo to nigdy nie spaliśmy ze sobą.

    Dziś wiem, że to była gra. Manipulacja. On wiedział, czego mi trzeba, i dokładnie to mi podsuwał. A ja brałam, jakby to była kroplówka. Nie pamiętam już nawet, jak nasze drogi się rozeszły. Do dziś mam do niego słabość, sentyment. Fascynację.

    Pan D. został dla mnie niezdobytą twierdzą. Nieznanym, którego nie potrafię wyrzucić z głowy. I boję się, że gdyby nasze drogi znów się skrzyżowały, nie wiem, czy potrafiłabym postawić granice. Czy znów uległabym tej niewidzialnej kolczatce.

  • Autor: Anais Crow

    To miał być dzień zamknięcia. Rano rzuciłam pracę, a po południu miałam oficjalnie zakończyć małżeństwo. Do sądu dotarłam z koleżanką, moim świadkiem, i ojcem, który miał zeznawać.

    Wszystko brzmiało sucho i urzędowo, ale we mnie buzował chaos.

    Zanim rozprawa się rozpoczęła, adwokat R. wyszedł z propozycją porozumienia. Zimny układ, który miał mnie przekreślić. W pierwszej wersji rozwód miał być z orzekaniem o mojej winie. Nie mogłam na to pozwolić – wina była wspólna. Najgorsze było jednak to, że wyparł się naszego ćpania. Jakby nagle cała prawda zniknęła, a winna zostałam tylko ja.

    Dlatego wyciągnęłam karty: screeny rozmów, gdzie mnie wyzywał, wiadomości z tamtą, listę świadków, którzy mogliby potwierdzić, że brał razem ze mną. Walczyłam nie o zemstę, ale o to, by nie pozwolić mu zrobić ze mnie jedynej winnej.

    Ostatecznie sąd orzekł rozwód bez wskazywania winy. Córka zamieszkała z nim, ja dostałam kontakty i alimenty. Powinnam poczuć ulgę, ale w środku miałam tylko pustkę. Może gdzieś głęboko nadal łudziłam się, że coś można było naprawić. Bez sensu.

    Ale życie zawsze dorzuca nieprzewidywalne wypadkowe. Wracałyśmy z E. do Warszawy blablacarem. Kierowca czekał na nas w czarnym BMW. Elegancki, w czarnej koszuli, z tym wzrokiem, który przeszywał na wylot. Pan D. – uosobienie wszystkiego, czego pragnęłam, fantazja o mężczyźnie, który potrafiłby mnie okiełznać.

    Wpakowałam się do auta, żartując: „Można z frytkami?”

    „Można, pod warunkiem, że podzieli się Pani jednym.” – odpowiedział.

    Podzieliłam. Ruszyliśmy.

    Podróż minęła szybko, w atmosferze żartu i lekkiego napięcia. Na koniec rozstaliśmy się jak obcy ludzie, pewni, że nigdy więcej się nie spotkamy. Dlatego moje zdziwienie było ogromne, kiedy E. napisała mi, że Pan D. poprosił o mój numer telefonu.

    Zgodziłam się.

    Reakcja była natychmiastowa – zadzwonił jeszcze tego samego dnia.

  • Autor: Anais Crow

    Dni mijały w swoim rytmie praca, Luzztro, izolacja. Świat na zewnątrz coraz mniej mnie obchodził. Wystarczało mi to, co miałam: chemia w żyłach i pulsujące basy w uszach.

    Pewnego poranka, wracając z kolejnej nocy, poczułam, że coś w mieszkaniu nie gra. Na wieszaku nie było rzeczy Patrycji. Szafa pusta. Na blacie kartka. Kilka zdań, że musiała wyjechać, że tak dalej nie może, że jedzie na detoks.

    Patka zniknęła. Zostawiła mnie samą. Ze wszystkim. Z mieszkaniem, z rachunkami, z pustką, której nie umiałam wypełnić. Nie rozumiałam, dlaczego nie porozmawiała ze mną, dlaczego nie spróbowała mi wytłumaczyć. Odbierałam to jak zdradę, jak ucieczkę. A tak naprawdę ona wybrała coś, czego ja jeszcze nie potrafiłam życie. Przynajmniej tak wtedy myślałam.

    Nie miałam szans utrzymać mieszkania sama. Zrezygnowałam, zaczęłam szukać pokoju. Trafiłam na Mokotów. Współlokatorka – Panna G., młodziutka studentka. Świeże spojrzenie, inne problemy, całe szczęście bez uzależnień. Ale mnie to i tak niewiele obchodziło.

    Mijałyśmy się w kuchni, w drzwiach. Ona miała swoje życie, ja swoje. Dwa równoległe światy w jednym mieszkaniu. Tyle że ja w swoim świecie coraz bardziej się rozpadałam, a jej obecność była tylko cieniem, który przypominał mi, że normalność istnieje tyle że nie dla mnie.

  • Autor: Anais Crow

    Po tamtej nocy w Luzztro mogłam się zatrzymać. Mogłam powiedzieć „dość” i spróbować ocalić siebie. Ale ja wzięłam z niej coś innego inspirację. Strach, który miał mnie powstrzymać, zmienił się w pretekst do kolejnych eksperymentów.

    Zaczęłam traktować narkotyki jak składniki przepisu. Jedna kreska tu, kilka kropel tam, trochę dymu na wierzch i patrzyłam, co zrobi ze mną mieszanka. Jak alchemik, który wierzy, że w końcu odkryje złoto, siedziałam w czterech ścianach i warzyłam własny eliksir zapomnienia.

    Każdy eksperyment miał swoje „ale”. Raz budził euforię, raz agresję, innym razem wyrzucał mnie w kosmos i zostawiał tam samą, przerażoną. Ale ja chciałam więcej. Nie bałam się konsekwencji bałam się pustki, która przychodziła, gdy haju brakowało.

    To był mój Nowy Rok. Rok mieszania, testowania, sprawdzania granic. Rok, w którym dom zamienił się w laboratorium, a ja w obiekt własnych doświadczeń. Zamiast życia chemia. Zamiast miłości proszek i dym.

    Nie widziałam wtedy, że tak naprawdę eksperymentuję tylko z jednym: z tym, jak szybko można sięgnąć dna.

  • Autor: Anais Crow

    Nad ranem poczułam, że coś jest nie tak. Palce u rąk siniały, usta drętwiały, a znany głos w głowie szepnął krótko: „Dość. Czas do domu.”

    W tym samym momencie zadzwonił Hubi z ośrodka. Złożył życzenia, a kiedy powiedziałam, w jakim jestem stanie, nie miał wątpliwości:

    „Wypierdalasz do domu.”

    Miał rację. Miałam tylko zajść do łazienki i wyjść. Ale tam, przy lustrach, spotkałam gościa z parkietu. Spojrzał na mnie i rzucił: „Koleżanka to już dosyć chyba ma?”

    Odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Zdecydowanie tak.”

    I wtedy, jakby na ironię, zaproponował bucha „na rozluźnienie”. Nie zastanawiałam się zaciągnęłam się głęboko. Wypuściłam dym i poczułam, jak wszystko się rozmywa. Obrazy wirowały, świat zniknął.

    Trzymałam się swojej kurtki, żeby nie runąć na ziemię. Muzyka wbijała się w każdy nerw, kusząca, obiecująca ekstazę, prowokująca do oddania się bez reszty. Już miałam się poddać, kiedy w mojej głowie znowu zabrzmiał głos. Ten sam, nieustępliwy:

    „Do domu. Natychmiast.”

    To mnie uratowało. Ledwo wysłałam SMS do kolegi bełkot, zlepek liter, ale wystarczył, by wiedział, że dzieje się źle. Wydostałam się z klubu. Rześkie, styczniowe powietrze wdarło się do płuc jak wybawienie. Zadzwoniłam do Krzyśka. Był ze mną przez telefon, gotów wezwać karetkę, ale błagałam, by tego nie robił. Nie zostawił mnie, trzymał przy świadomości słowami.

    Ludzie przechodzili obok. Jedni patrzyli z pogardą, inni odwracali wzrok. Nikt nie zapytał, czy potrzebuję pomocy. Nikt.

    W końcu przyjechał mój wybawca. Wsadził mnie do auta, zawiózł do domu, pomógł wejść do łóżka. I odjechał.

    Przez trzy dni nie wstawałam. W głowie dudniły myśli: mogłam się obudzić w nieznanym miejscu, otoczona obcymi, naćpanymi facetami, mogłam skończyć zgwałcona, z poderżniętym gardłem gdzieś pod mostem. A jednak przeżyłam. Wyciągnęła mnie „ona” – ta z lustra. Ta, która wtedy powiedziała: „Wypierdalasz.” Posłuchałam.

    Obiecałam sobie, że nigdy więcej.

    Ha! Obietnice i ja – to brzmi jak kiepski żart.

    Bo ta noc dała mi nie tylko strach i wnioski. Dała mi pomysł. Skoro miks stymulantów i zioła mógł mnie zabrać tak daleko, to trzeba to powtórzyć ale bezpiecznie. W domu. W kontrolowanych warunkach.

    I tak zaczęłam mieszać. Jak Panoramix w kotle dodając, testując, łącząc nowe składniki. W Nowy Rok wkroczyłam z przytupem, rozpoczynając własną krucjatę narkotykową.

    A zgodnie z powiedzeniem: „Jaki Nowy Rok, taki cały rok” – właśnie wtedy wyznaczyłam kierunek, który miał mnie pochłonąć bez reszty.

  • Autor: Anais Crow

    Te pierwsze święta po odwyku były dziwne. Niby się na nie cieszyłam, ale w środku czułam, że coś nie gra. W moim domu nigdy nie było świąt jak z filmów ciepłych, pełnych światła, obdarowywania się prezentami i bliskości. U nas zawsze było „odbębnienie” kolacji, jeden prezent i po wszystkim. Zazdrościłam innym tego wspólnego kolędowania, tej rodzinnej magii, której ja nigdy nie zaznałam. Do dziś nie czuję świąt obchodzę je wyłącznie dla mojej córki.

    Po powrocie do Warszawy, po świętach, zostałam sama. Patka była u swojej rodziny. Plan na Sylwestra? Teoretycznie miałam siedzieć z Polsatem, z butelką coli i chipsami. Ale im bliżej wieczora, tym bardziej bolało mnie to, że wszyscy gdzieś są, a ja znów w czterech ścianach. Kolejny raz nie mam Sylwestra marzeń.

    Zrobiłam więc coś, co wtedy wydawało się logiczne: zadzwoniłam do dilera. Szybko, sprawnie SMS, zejście pod klatkę, życzenia na Nowy Rok, paczka w dłoni. Wróciłam, zrobiłam drinka, nalałam wodę do wanny. Pierwsza kreska, druga dla równowagi. Popiłam alkoholem i zanurzyłam się w pianie.

    Makijaż, włosy, sukienka, a na nogi trampki, bo przecież wygodniej. Kierunek? Luzztro. Uber zatrzymał się pod klubem, a kiedy przekroczyłam jego próg, samotność zniknęła. Tam już nie byłam sama. Tam byli „swoi” – ludzie tacy jak ja, którzy też szukali ulgi i zapomnienia.

    Bawiłam się, ćpałam, piłam. Towarzystwo znalazło się w kilka minut. Muzyka waliła w skronie, czas rozpłynął się jak dym. Nie zauważyłam nawet, kiedy wybiła północ. Nowy Rok przyszedł niezauważony, bez fajerwerków, bez życzeń od najbliższych. Tam czas się zatrzymuje, tam nie istnieje przeszłość ani przyszłość tylko dwie sekundy nicości.

    A to, co miało się wydarzyć dalej tej nocy, było dopiero preludium do kolejnych miesięcy, które pociągnęły mnie jeszcze głębiej w otchłań.

  • Autor: Anais Crow

    Pewnego weekendu, niby mimochodem, padło hasło: „Przecież jesteśmy już pół roku czyste, może pójdziemy do klubu?”. Plan wydawał się genialny. Explosion było najbliżej, więc tam ruszyłyśmy. Zaczęło się od alkoholu niewinny drink, taniec, śmiech. Ale ta kropla alkoholu zaczęła drążyć. Jeden weekend, potem drugi. I nagle poranki zaczęły pachnieć drinkami, a my mówiłyśmy do siebie z przekąsem: „Damy mogą pić od rana”.

    W grudniu dostałam pracę jako recepcjonistka w hotelu. Był to mały sukces, powód do dumy. Patrycja rzuciła swoją robotę, ale i tak jakoś to się kręciło. Do czasu.

    Któregoś weekendu padło kolejne zdanie, którego dziś nienawidzę: „A może tak jeden cukierek?”. I wtedy ruszyłyśmy na Brzeską. Uzależnieni nigdy nie tracą siatki kontaktów ktoś zawsze zna dilera, ktoś inny miejsce. Spotkałyśmy Barta, znajomego z terapii. On pierwszy zaprowadził nas do Luzztro.

    I to był koniec. A raczej nowy początek upadku. Luzztro stało się naszym domem, świątynią mroku, miejscem, gdzie można było przepaść na całą noc i nie myśleć o niczym. Kilka razy zdarzyło się, że prosto stamtąd szłam do pracy – sztywna, otępiała, jak manekin za ladą.

    Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Pierwsze po ośrodku. Wracałam wtedy do domu, do córki. I choć w dłoniach miałam świąteczne prezenty, w głowie niosłam wstyd i narkotykowy pył.

  • Autor: Anais Crow

    Wieczorem, po opuszczeniu Monaru, wylądowaliśmy w hotelu. Nie było w tym nic romantycznego to był zwykły lęk przed nocą na ulicy. Krzysztof jeszcze tego samego dnia podjął decyzję: wraca do Zabrza. My – ja i Patrycja postanowiłyśmy zostać. Warszawa wciągała, obiecywała nowe życie, szanse, a my desperacko chciałyśmy uwierzyć, że to początek czegoś innego.

    Rano rozstaliśmy się z Krzysztofem, a my ruszyłyśmy na poszukiwania. Najpierw hostel na Kruczej, potem próby zapisania się na terapię dochodzącą. Oczywiście brak miejsc. Więc plan zrobił się prosty: najpierw praca, później terapia, a przede wszystkim bycie razem.

    Patrycja znalazła zatrudnienie szybciej ode mnie. Ja szukałam mieszkania, czując, że musimy wyrwać kawałek własnej przestrzeni. Pieniądze na start pożyczył nam Krzysztof. Dzięki niemu trafiłyśmy na Pragę Południe – ciche, spokojne miejsce, gdzie przez chwilę mogłyśmy poczuć się jak normalne dziewczyny z normalnym życiem.

    I naprawdę przez jakiś czas wyglądało, że to się uda. Nic nie zwiastowało nadchodzącej burzy.

  • Autor: Anais Crow

    Uzależnieni zawsze znajdą sposób, żeby kombinować. Tak było i z nami. Do naszej grupy dołączył Krzysztof. Ja i Patrycja od razu się z nim zaprzyjaźniłyśmy. Staliśmy się nierozłączni. To dawało poczucie siły, ale też budowało zależności, które w Monarze były zakazane.

    Zaczęliśmy kombinować. Razem, w trójkę. Tak, żeby mieć lepiej niż inni, żeby trochę oszukać system. Niby drobiazgi, niby niewinne rzeczy, ale długo to nie mogło trwać. Na jednej ze społeczności przyłapali nas i nie było już odwrotu. Nie udało nam się z tego wykręcić.

    Decyzja była szybka i bezlitosna zostaliśmy usunięci z grupy. W jednej chwili terapia, plan przedłużenia pobytu i przejścia na hostel posypały się jak domek z kart.

    Ale właśnie w tym upadku zaczęła się nasza nowa historia. Trójka wyrzuconych. My dwie zamiast wracać każda w swoją stronę, postanowiłyśmy iść razem. O dwóch takich co ruszyły w miasto. A Warszawa rozchyliła przed nami ramiona, obiecując „nowe” życie.

    Nowe, ale niekoniecznie lepsze.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij