Autor: Anais Crow
Matka nigdy nie krzyczała wprost: „Nie dasz rady”.
Ona szeptała to codziennie, w tysiącu małych zdań.
„To nie dla ciebie.”
„Po co ci to?”
„Ty się do tego nie nadajesz.”
Ten szept wrósł we mnie głębiej niż cokolwiek innego.
Stał się moim własnym głosem, tym, który zabijał każdy plan, zanim zdążył się narodzić.
Marzenia o studiach? Wyszydzone.
Wyobrażenia o innym życiu? Rozbite w proch.
Tak długo słuchałam, że w końcu uwierzyłam że nic mi się nie należy, że cokolwiek wymyślę, skończy się porażką.
Zaczęłam siebie nie lubić.
Potem nienawidzić.
Patrząc w lustro, widziałam kogoś, kogo trzeba ukryć, poprawić, uciszyć.
Nie szukałam Boga zaczęłam z Nim walczyć.
Patrzyłam na ludzi w kościele i czułam pustkę, a w głowie kołatało pytanie:
„Jeśli istniejesz, to czemu zostawiłeś mnie z tym piekłem?”.
Przestałam wierzyć, że jest ktokolwiek, kto mnie wysłucha.
Mężczyźni przychodzili i odchodzili.
Zmieniałam ich jak rękawiczki, myśląc, że może któryś w końcu wypełni tę pustkę, że któryś stanie się ratunkiem.
Ale każdy z nich zostawiał po sobie tylko większy bałagan.
Jedni brali, co chcieli, inni łudzili, że zostaną ale nie zostawali.
Nie miałam wzorca miłości, więc brałam cokolwiek, co choć trochę przypominało ciepło.
Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam, że to może będzie początek.
Ale moja matka ta, która powinna trzymać mnie wtedy najmocniej odwróciła się.
Nie pomogła. Nie stanęła za mną.
Straciłam syna.
Nie tylko przez okoliczności, ale przez to, że nie miałam nikogo, kto powiedziałby: „Jestem z tobą”.
To była rana, której nie potrafię zamknąć do dziś.
Zaczęłam uciekać coraz dalej.
Londyn stał się miejscem, w którym mogłam być kimkolwiek — ale też miejscem, w którym zgubiłam siebie jeszcze bardziej.
Praca, ludzie, imprezy.
I w końcu pierwszy raz, kiedy wzięłam narkotyk.
Mały proszek, który obiecywał spokój i oddech.
Ale nie dał mi wolności.
Dał mi kolejne kajdany, które zacisnęły się, zanim zdążyłam zrozumieć, że znowu wpadłam w pułapkę.