Autor: Anais Crow
Po powrocie do Polski niewiele się zmieniło. Właściwie jedno – jeszcze bardziej się z Nim związałam. Byłam z nim jednością, cieniem, odbiciem. Wszystko, czego mnie nauczył, zaczęłam testować na ulicy, w sklepie, w autobusie. Niby drobnostki – nie ustępować ludziom miejsca, patrzeć im w oczy, czuć się silniejszą ale w moim przypadku działały jak amfetamina w żyłach. Rosłam. Byłam pewniejsza, bo wiedziałam, że On stoi za mną.
Podporządkowałam się jego woli. Żyłam w jego łasce, a czasem w niełasce. Potrafił krzyczeć jak opętany, by zaraz po chwili mówić spokojnym tonem psychopaty, który trzyma wszystko pod kontrolą. Obserwowałam, jak traktuje ludzi, swoich pracowników, swoją kobietę. Czasami miałam odruch wymiotny słuchając tego wszystkiego, ale nigdy nie dałam po sobie poznać. Musiałam być niezniszczalna. Musiałam przetrwać, bo to miało być dla wyższego celu.
Poleciałam do niego ponownie, tym razem do Dortmundu. Nie odstępowaliśmy się na krok. Patrzyłam, jak pracuje, jak manipuluje, jak rozstawia ludzi po kątach. Przesiąkałam tym, tak jak gąbka przesiąka krwią. Każda wizyta u niego była dawką adrenaliny jak narkotyk sam w sobie. Mówił, że mi ufa. Że przy mnie może spać spokojnie. Że nikt obcy nie był tak blisko niego. A ja czułam się dumna, wyróżniona, jakby wciągnął mnie do kręgu, w którym nie ma już powrotu.
Ale nie oszukujmy się to była toksyczna relacja, balans na krawędzi obłędu i fascynacji. Coraz częściej łapałam się na tym, że rozważam, czy byłabym zdolna zrobić drugiemu człowiekowi krzywdę, gdyby nie było konsekwencji. Dziś wiem, że przy nim zrobiłabym wszystko. Każdą granicę mogłam przekroczyć. Był niebezpiecznym człowiekiem, a ja byłam gotowa być jego bronią.
Z czasem jednak jego fascynacja mną opadła. Przestałam być ulubienicą, stałam się nikim. Cierpiałam. Rozdzierało mnie od środka, więc sięgnęłam po stare lekarstwo – narkotyki. W podwójnych dawkach, bez hamulców. Potrafiłam nie wychodzić z pokoju przez dni, sparaliżowana, pogrążona. Ja nie miałam już siły walczyć, ale ta druga – Suzi – rosła. Ona przejmowała kontrolę, a ja jej na to pozwalałam.
Zemsta była jedynym słowem, które dudniło mi w głowie. Postanowiłam wykorzystać przeciwko niemu wszystko to, czego sam mnie nauczył. A on? Jakby czytał moje myśli zadzwonił. I gdy zaczęłam pokazywać pazury, zamiast posłusznie przyjmować ciosy, był ze mnie dumny. „W końcu pokazujesz, kim jesteś naprawdę” – mówił. Stawałam się jego lustrzanym odbiciem. Bezwzględna. Okrutna. Mściwa.
Ale to, co miało być zabawą w toksyczną symetrię, w końcu pękło. Uzależniłam się od niego. Brakowało mi jego dyscypliny, jego obecności. Zaczęłam fantazjować, że odbiorę mu to wszystko, co miał kobietę, dziecko, dom. Miałam przewagę: nikt nie brał na poważnie „małej dziewczynki”. Ale pod jej skórą siedziała Suzi – gotowa spalić cały świat.
I właśnie wtedy zaczęłam wchodzić w najdłuższy ciąg. Dni trzeźwe zdarzały się rzadko. Blokada w mojej głowie puściła. Puzzle zaczęły się układać, fakty łączyć. Wróciły wyparte wspomnienia, wyrwane z mroku jak kadry z filmu. I nagle po dwudziestu latach odkryłam prawdę.
Dlaczego mój brat się powiesił.
Prawda była przerażająca. Nie do pojęcia.
Nie miałam z kim o tym porozmawiać. Musiałam stawić temu czoła sama.
I wiedziałam jedno to będzie moment decydujący.
Albo się podniosę.
Albo zginę.