Autor: Anais Crow
I przyszedł ten czas, że chcę opowiedzieć o osobie, która odgrywa w moim życiu ogromną, wręcz fundamentalną rolę. Nie mogę o niej wspominać tylko wtrąceniami w innych historiach zasługuje na osobny wpis.
Bo jak już mówiłam, przypadków w życiu nie ma. Ona pojawiła się na mojej drodze dokładnie wtedy, kiedy musiała. Wszechświat doskonale wiedział, co robi.
Nasze pierwsze spotkanie — 2017 rok. Poszłam do niej na rozmowę o pracę. Dostałam tę pracę i to była jej pierwsza rola: szefowej. Z jej spokojem, cierpliwością i jakimś wewnętrznym porządkiem potrafiła okiełznać mój chaos. Uczyła mnie, jak odnaleźć się w pracy, była przy mnie, kiedy się sypałam prywatnie. Mogłam na nią liczyć. Gdy moja matka zmarła, była. Widziała mnie w najgorszych momentach, choć nigdy nie oceniałam jej reakcji czy wtedy już podejrzewała, jak bardzo się kaleczę? Kiedy poparzyłam sobie twarz żelazkiem, kłamiąc, że to prostownica… czy wtedy wiedziała, że to desperacka ulga? Dziś myślę, że tak.
Potem nasze drogi się rozeszły. Moje życie zawróciło w stronę destrukcji rozwód, wyprowadzka, Warszawa, ośrodki. Kontakt się urwał, ale Wszechświat znowu zrobił swoje i wróciła. Najpierw jako przyjaciółka. Rozmowy, rady, czasem pochwała, czasem opieprz. Prawdziwe, szczere, potrzebne.
Bywały momenty, że znów się odsuwałam. Wstydziłam się przed nią, że znowu ćpam. Milczałam. Ale wracałam. Zawsze wracałam. A ona nigdy mnie nie odtrąciła. Za każdym razem przyjmowała mnie jak zbłąkane dziecko wracające do domu. I wtedy dostała swoją ostatnią, najważniejszą rolę: matki zastępczej.
I tu pojawia się kontrast. Moja biologiczna matka dała mi życie, ale nigdy nie dała mi bezpieczeństwa, ani akceptacji. Była jak kat, który zamiast tulić ranił. Zamiast wspierać — straszył. Zamiast budować burzył. To ona zabrała mi dzieciństwo i mojego brata. Do dziś jego śmierć noszę w sobie jak otwartą ranę. I dziś już wiem: to jej słowa, jej strachy, jej brak czułości doprowadziły do tamtej tragedii.
A Ona? Moja „Matka z wyboru”? Ona zrobiła coś odwrotnego. Wypełniła pustkę. Dała mi to, czego nigdy nie dostałam od rodzicielki: ciepło, cierpliwość, akceptację. Nauczyła mnie na nowo żyć. Prowadzi mnie jak dziecko uczące się stawiać pierwsze kroki. Nigdy nie odwróciła wzroku. Nigdy nie powiedziała, że ma mnie dość.
Jest moim autorytetem, wzorem, drogowskazem. Przeżywa ze mną wszystko wzloty i upadki, sukcesy i porażki. Nie odwraca się. Jest jak bezpieczna przystań, jak miękkie lądowanie po każdej katastrofie. Jak matka, która nie urodziła, ale wychowuje bo to ona daje mi to, czego biologiczna nie potrafiła.
Jest niesamowitą kobietą: mądrą, bystrą, wyrozumiałą, troskliwą, zabawną, nietuzinkową. Moja wdzięczność nie ma granic. Kocham ją całym sercem. Chronię ją i nie pozwolę, by ktokolwiek zrobił jej krzywdę.
Ona jest moją matką z wyboru. Tą, którą podarował mi Wszechświat, żebym w końcu wiedziała, jak to jest być kochaną nie za coś, ale pomimo wszystko.