Łańcuchy pamięci

Sięgnij w przeszłość, by zrozumieć teraźniejszość.

  • Autor: Anais Crow

    Niektóre uczucia przychodzą po cichu. Nie proszą o pozwolenie, nie tłumaczą się światu. Po prostu są zjawiają się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewasz, i rozgaszczają w Tobie tak, jakby od zawsze znały drogę.

    Bo są rzeczy, których nie da się zrozumieć z zewnątrz. Są więzi, które nie potrzebują akceptacji innych istnieją tylko między dwojgiem ludzi. W półcieniach, w spojrzeniach, w tym, jak ciało drży na sam dźwięk jego głosu.

    To nie jest zwykła bliskość. To nie jest też zwykły dotyk.

    To stan kiedy jego oddech przy mojej szyi uruchamia lawinę emocji, a zapach jego perfum zostaje na skórze dłużej niż on sam.

    Kiedy mówiliśmy o bliskości, pamiętasz?

    O tej prawdziwej, nie zbudowanej z gestów, ale z obecności.

    Zrozumiałam wtedy, że kochać się z uczuciem to nie czynność to doświadczenie, które zostaje w ciele na długo po tym, jak milkną słowa.

    On często mówi, że jestem kobietą, którą sobie wymarzył.

    A ja czuję, że to, co dzieje się między nami, nie jest tylko pragnieniem.

    To coś, co wymyka się definicjom, coś, co przekracza logikę i rozsądek.

    Bliskość.

    Nie ta fizyczna, ale ta, w której jedno spojrzenie wystarcza, żeby wszystko zrozumieć.

    W której cisza staje się rozmową, a dotyk — wyznaniem.

  • Autor: Anais Crow

    Z zewnątrz wszystko wyglądało idealnie. Terapia przynosiła efekty, ludzie mówili, że promienieję, że wreszcie mam w oczach spokój. Sama też w to wierzyłam przynajmniej przez chwilę.

    Ale w środku coś zaczynało zgrzytać. Niby drobiazg, niby nic wielkiego, a jednak zaczynałam czuć… niepokój. Jakby jakaś niewidzialna ręka delikatnie popychała mnie w stronę starego chaosu.

    To uczucie trudno opisać taka mieszanka tęsknoty i strachu. Tęsknoty za tym, co znajome, nawet jeśli było toksyczne, i strachu przed tym, co nowe, nieprzewidywalne.

    Zdarzało się, że siedziałam wieczorami na balkonie i czułam, jak świat wokół mnie oddala się milimetr po milimetrze. Ludzie, miejsca, nawet myśli jakby przestawały należeć do mnie.

    To było właśnie to pierwsze drżenie.

    Na zewnątrz uśmiech, rozmowy, pozory normalności.

    W środku natomiast coś się przestawiało delikatnie, cicho, jak trybik, który zaczyna się ślizgać w zegarku.

    Nie byłam wtedy gotowa przyznać, że to znowu ja, że to znowu moja głowa zaczyna kombinować.

    Znowu próbowałam udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

    Nie wiedziałam jeszcze, że ten spokój był tylko pozorny.

    Nie wiedziałam, że za chwilę przyjdzie moment, który znowu wszystko przewróci.

  • Autor: Anais Crow

    Po powrocie znad morza życie wyglądało niemal jak sielanka. Jeszcze wciąż miałam w sobie echo beztroski szum fal brzmiał w głowie jak mantra, a ciepło słońca trzymało mnie za rękę. Czerwiec pachniał lekkością, dni płynęły spokojnie, a ja łudziłam się, że to początek nowego etapu, w którym wreszcie wszystko będzie dobrze.

    Na fali terapii, pełna dobrego nastawienia, czułam jakby druga połowa czerwca była mi dana w prezencie w końcu, po tylu latach, zaczynam czuć, że oddycham pełną piersią. To uczucie, że wreszcie można otworzyć oczy i nie bać się jutra, było jak narkotyk, ale zdrowy, czysty.

    Tyle że każda sielanka ma w sobie ukrytą pułapkę. To, co widziałam na powierzchni, było jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Pod spodem czaiło się coś większego, cięższego, czego jeszcze nie umiałam nazwać. Czułam czasem lekki ucisk w sercu, takie „uwieranie” – jakby świat chciał mnie ostrzec, że spokój nigdy nie trwa wiecznie.

    Nie wiedziałam jeszcze, że ten pozornie spokojny czas to cisza przed burzą. Że zaraz znów będę musiała zmierzyć się z tym, co najciemniejsze w sobie i w świecie dookoła.

  • Autor: Anais Crow

    Ledwo przeżyłam piekło własnej głowy. Piekło, które sama sobie zafundowałam. I nie, nie było tam żadnego diabła tylko ja. To ja byłam swoim największym wrogiem.

    Podobno świat działa jak lustro: co rzucisz, to wróci. Wyrządzasz krzywdę krzywda wraca. Zrobisz świństwo dostajesz świństwo ze zdwojoną siłą. Karma nie pyta o zgodę, nie daje taryfy ulgowej. I nagle człowiek się orientuje, że nic nie ginie, nic nie przepada. Każdy ból, każda rana, każda trucizna wszystko wraca i dusi.

    Ja nie stosowałam się do tej zasady. Latami. I tak się uzbierało. Cała góra syfu. A kiedy życie kolejny raz zaczęło się sypać, kiedy nic się nie układało, znów zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego to się dzieje? Dlaczego zawsze ja?” I wtedy zaczyna się szukanie winnych losu, Wszechświata, pecha. Łatwo zwalić wszystko na coś, czego nie widać.

    Ale prawda zawsze przychodzi. Bez zapowiedzi. Łączysz kropki, układasz puzzle i nagle widzisz siebie w całej ohydzie. Nie tę wyidealizowaną wersję, którą sprzedajesz światu, tylko prawdę. Jaką się stałaś. Co zrobiłaś. Kim jesteś. Uderza to jak młot w skroń.

    I wtedy mówisz: to karma. To nie bajka, nie ładne słówka z książek o samorozwoju. To fakty. Życie oddaje wszystko, co w nie wrzuciłaś. A oddaje mocniej. Na własnej skórze poczułam, jak to wraca. I pytanie, które mnie dręczy, jest tylko jedno: dlaczego dopiero teraz to zrozumiałam? Dlaczego tak późno zobaczyłam własne odbicie w krzywym zwierciadle?

    Nie ma przypadkowych spotkań. Nigdy. Ludzie nie pojawiają się w naszym życiu ot tak. Każdy z nich to wiadomość. Każdy przychodzi z czymś: żeby cię wzmocnić, połamać, otworzyć oczy albo dobić. To są lekcje. Czasem dostajesz szansę, żeby stać się lepszym człowiekiem. Czasem to ty masz być czyimś lustrem i pokazać mu coś, czego nie chce widzieć.

    Ale jedno jest pewne – nic nie dzieje się bez powodu…

  • Autor: Anais Crow

    W końcu nadszedł ten moment. Walizka spakowana, droga znana, a serce lekkie jak dawno nie. Wysiadłam i od razu poczułam zapach morza słony, orzeźwiający, tak inny od dusznego powietrza Warszawy. To był pierwszy znak, że zaczyna się coś dobrego.

    Piasek był jeszcze nagrzany od dnia, miękki jak aksamit. Stopy zatapiały się w nim, jakby chciały schować się przed całym światem. Szum fal koił nerwy, zabierał resztki napięcia, które wciąż we mnie siedziały. Morze ma w sobie coś z magii potrafi uciszyć nawet najbardziej rozkrzyczaną głowę.

    Wschody i zachody słońca były jak małe ceremonie. Rano cisza, pomarańczowe światło na tafli wody i ta świadomość, że zaczynam dzień trzeźwa, obecna, wolna. Wieczorem spektakl kolorów, ciepło bijące od horyzontu i to uczucie, że mimo wszystkich porażek doczekałam tego momentu.

    Długie spacery brzegiem morza były naszym rytuałem. Każdy krok zostawiał ślad, który za chwilę znikał jakby sama natura uczyła mnie, że wszystko mija. Ból, strach, przeszłość fala przychodzi i zmywa.

    Tam, na tym wybrzeżu, w tej ciszy i beztrosce, czułam się tak, jakbym przez chwilę żyła w innym świecie. Świecie, w którym nie było ciągów, porażek, toksycznych ludzi. Byłam tylko ja i to bezkresne morze.

    To był czas, w którym nauczyłam się znów oddychać.

  • Autor: Anais Crow

    Tamte urodziny zostawiły w moim sercu bliznę. Jeszcze świeżą, jeszcze tkliwą, ale nie na tyle głęboką, żeby zatrzymać moje kroki. Bo życie nie pyta, czy masz siłę iść dalej ono cię po prostu popycha.

    I tak dni zaczęły się układać w jakąś rytmikę. Rutyna, rozmowy z ludźmi, którzy stali mi się bliscy. Głowa coraz lżejsza, choć serce wciąż pamiętało. Cień tamtego dnia wisiał nade mną, ale nie rządził już każdym oddechem.

    Ośrodek ukończyłam z „wyróżnieniem” z dumą, radością. Przepracowałam z moją terapeutką te urodziny, warto było zostać jeszcze chwilę w ośrodku.

    Zbliżało się lato. A wraz z nim coś, co w moim świecie zawsze miało szczególną moc wyjazd nad morze. Morze było dla mnie czymś więcej niż wakacjami. To był oddech, przestrzeń, wolność. Każda fala zdawała się szeptać: „zostaw, co było – zacznij od nowa”.

    Patrzyłam na nadchodzące wakacje jak na nagrodę. Jakby Wszechświat w końcu powiedział: „Dość już bólu. Teraz weź kawałek radości. Zanurz się w beztrosce.” Czułam, że to będzie czas inny niż wszystkie poprzednie. Bez chaosu, bez uciekania, bez maskowania rzeczywistości.

    I rzeczywiście pierwsze dni lata były jak ulga po długim duszeniu się pod wodą. Ciepłe wieczory, rozmowy bez napięcia, nasz śmiech, który rozbrzmiewał głośniej niż jakiekolwiek myśli w mojej głowie. Poczułam, że naprawdę mogę być tu i teraz.

    Nie było jeszcze pęknięcia. Był oddech. Jakby życie dało mi krótką przerwę przed kolejnym sprawdzianem.

  • Autor: Anais Crow

    Tamte urodziny zostawiły we mnie ślad, którego nie sposób wymazać. Z jednej strony ból i rozczarowanie, które wbiło się w serce jak zimny nóż, z drugiej ciepło i bliskość tych, którzy naprawdę przy mnie byli. To jak huśtawka raz na górze, raz na dole, nigdy w równowadze.

    Wracałam do codzienności z dziwnym ciężarem. Tak, miałam córkę, miałam Psykę, miałam grupę w ośrodku, ale w głowie wciąż dźwięczała ta myśl: znowu ktoś mnie zostawił, znowu nie byłam wystarczająca. To uczucie jadło mnie od środka, nawet kiedy na zewnątrz uśmiechałam się, rozmawiałam, uczestniczyłam w życiu.

    Zaczęłam coraz częściej zadawać sobie pytania: ile jeszcze takich ciosów mogę przyjąć? Ile razy można się podnosić, zanim nogi odmówią posłuszeństwa? Czy naprawdę jestem tak silna, jak wszyscy mówią? A może to tylko maska, za którą chowam kolejne pęknięcia?

    Trzymałam się terapii, bo wiedziałam, że to jedyne, co mnie chroni przed ostatecznym upadkiem. Każdy dzień spędzony w ośrodku był jak trening test mojej wytrzymałości psychicznej i duchowej. Niby szłam do przodu, niby robiłam postępy, a jednak cień tamtego dnia wciąż się za mną ciągnął.

    Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że trzeźwość nie oznacza braku bólu. Trzeźwość oznacza, że wszystko czujesz mocniej, bez filtrów, bez otępienia. I że jeśli nie nauczę się tego dźwigać, każdy zawód, każda zdrada, każde słowo – mogą mnie zabić.

  • Autor: Anais Crow

    To miał być wyjątkowy dzień. Święto, w którym miałam poczuć wolność, radość, adrenalinę. W końcu moje urodziny wymarzone, zaplanowane, inne niż wszystkie dotąd. Jechałam pełna oczekiwań, z sercem bijącym szybciej, jakbym miała spotkać się z przeznaczeniem.

    A jednak los zadrwił. Stałam na peronie w obcym mieście, zagubiona, z walizką i tysiącem myśli, a nikt po mnie nie przyszedł. Telefon milczał, wiadomości nie docierały. Minuty dłużyły się jak godziny, aż zrozumiałam znowu zostałam sama. Znowu ktoś mnie zawiódł. Świat po raz kolejny przypomniał mi, że jeśli oczekuję cudów od innych, kończę z pustymi rękami.

    Zamiast stadionu, trybun i marzeń miałam powrót. Ten sam peron, ten sam ból, tylko serce cięższe o kilka ton. Pociąg wiózł mnie z powrotem do Warszawy, a we mnie pulsowało jedno pytanie: dlaczego zawsze tak?

    Wtedy zadzwoniła Ona – moja córka. Mały głos w słuchawce, czysty i niewinny, niosący więcej miłości niż cały świat razem wzięty. „Mamusiu, wszystkiego najlepszego. Nie bądź smutna, nie płacz… bo masz mnie, a ja Cię kocham.”

    Łzy popłynęły same. W tej jednej chwili to Ona stała się moim stadionem, moją Żyletą, moim tłumem, który skanduje moje imię. To dla niej miałam wstać, choćby kolejny raz z kolan.

    I wtedy, gdy wysiadłam z pociągu w Warszawie, czekała Ona – moja Pyska. Z balonami, prezentem, z szerokim uśmiechem, jak antidotum na całą gorycz dnia. Zamiast ciszy i samotności dostałam śmiech, rozmowę i ciepło. Wieczorem wyszłyśmy do klubu potańczyć, zapomnieć, zagłuszyć ból muzyką i światełkami dyskotek. Przynajmniej na chwilę cień nieudanej wyprawy zniknął.

    To były najgorsze i jednocześnie najdziwniejsze urodziny – dzień pełen łez, zawodu, ale i dowodów, że wciąż mam dla kogo żyć i z kim się śmiać.

  • Autor: Anais Crow

    Powiedz mi, jak wyjść z mroku. Powiedz mi, jak iść w stronę jasności. Wiesz? Ja nie wiedziałam. Tkwiłam w tym tyle czasu, że stało się to moim naturalnym środowiskiem jak ryba w brudnej wodzie, która nie pamięta, jak pachnie morze.

    Kiedy kurtyna kłamstwa opadła, ujrzałam nagą prawdę. Bezbronną. Nie, te obrazy się nie podobały były szare, ostre, pełne ran. Ale paraliż ustąpił miejsca rozluźnieniu. Już nie musiałam kłamać. Mogłam oddychać. Powietrze było czyste, rześkie, jak pierwszy haust po długim nurkowaniu. Wydawało mi się, że to mój pierwszy oddech w życiu.

    Potrafisz to sobie wyobrazić? Ja sądziłam, że to już nigdy nie będzie możliwe. A jednak się udało, bo zrozumiałam: największym i najtrudniejszym przeciwnikiem jestem ja sama moja głowa. Postanowiłam ją uzdrowić. Kurczowo złapałam się tej myśli, jak rozbitka trzymającego się deski na wzburzonym morzu.

    Wszechświat znowu wyciągnął do mnie rękę. Dał mi możliwość naprawy serca, duszy i myśli. Wtedy pomyślałam: „Żyj. Żyj z całych sił. To moje ostatnie z dziewięciu żyć. Kolejnego razu już nie będzie.”

    I poczułam spokój. Trzeźwa głowa żyje w rzeczywistości. Ogarnia. Jest odpowiedzialna. Wiedziałam to więc dlaczego coś mogłoby się nie udać, co mogłoby pójść nie tak teraz?? Oczywiście odpowiedź była jedna „wszystko”!

    Codziennie , jak mantrę, powtarzałam w środku ostrzeżenie: „W każdej chwili możesz to zniszczyć, jeśli przegapisz moment, jeśli się nie zatrzymasz. Obserwuj uważnie.”

    To miał być wyjątkowy czas a wyszło tak, że nic nie wyszło…

  • Autor: Anais Crow

    Pomimo wszystkich załamań, potknięć i myśli rezygnacyjnych nie odpuściłam. Nie ja. Jak ten uparty osioł maszerowałam za swoją marchewką do przodu. Bywały dni, że szłam na autopilocie, ale jednak szłam.

    Zbliżały się Święta Wielkanocne, a ja cieszyłam się na nie bardziej niż na te dawne te „rodzinne”. Ośrodek stał się dla mnie domem, bezpiecznym azylem. I wbrew pozorom, nawet na terapii, na odwyku, można przeżyć święta w ciepłej i rodzinnej atmosferze. Tym razem w domu też było inaczej może dlatego, że trzeźwa nie unikałam spotkań, nie uciekałam od rozmów. Byłam obecna ciałem i duchem.

    Po świętach zaczął się dla mnie najtrudniejszy czas w całym procesie. Na horyzoncie pojawił się moment, którego tak bardzo wyczekiwałam oficjalne zakończenie terapii. A z nim ambiwalencja: kończyć czy przedłużyć? Wrócić do świata, czy jeszcze zostać w tym bezpiecznym kokonie?

    Siedem miesięcy dzień w dzień na terapii to dużo. Weteranka. Rekordzistka. W głowie słyszałam głos terapeutki: „Naprawdę jesteś gotowa. Pora opuścić gniazdo”. Wiedziałam, że ma rację. Dali mi narzędzia, nauczyli korzystać. Poznałam siebie bardziej i głębiej, niż kiedykolwiek.

    Stałam na progu nowego życia, z sercem pełnym niepokoju i nadziei. Po raz pierwszy naprawdę czułam, że to może się udać. Że tym razem dam radę.

  • Autor: Anais Crow

    Lubię czasem tak po prostu zniknąć. Schować się przed światem, wyłączyć z ruchu, wylogować z życia. Nie po to, żeby kogoś karać ciszą, ale po to, by odzyskać siebie. Bo tylko w odosobnieniu mogę usłyszeć własne myśli naprawdę głośno.

    Cisza staje się wtedy moim azylem. Świat za drzwiami biegnie, krzyczy, wymaga, a ja zamykam się w mieszkaniu jak w kapsule ratunkowej. Nie rozmawiam z nikim, nie dzwonię, nie odpisuję. Telewizor pozostaje głuchy i ciemny. Tylko muzyka sączy się cicho z głośników czasem jedna piosenka zapętlona w nieskończoność, jak mantra, jak oddech.

    W tym stanie myślę. Analizuję. Przetwarzam. Przekładam swoje życie na setki małych wniosków. Patrzę na to, co zrobiłam, co zepsułam, co zbudowałam i co jeszcze mogę uratować. Czasem refleksja bywa gorzka, ale zawsze szczera. W takich chwilach dokańczam to, co porzuciłam. Piszę dużo piszę. Przelewam swoje myśli na papier, jakbym chciała je od siebie oddzielić, obejrzeć z boku, nazwać, uleczyć.

    Ale bywa i tak, że nie mam w sobie nic. Żadnej weny, żadnego natchnienia. Że nie mam siły podnieść się z łóżka, a dzień przepływa mi przez palce w półśnie. Wtedy to już nie jest twórcze wyciszenie to walka z własnym ciężarem. I też muszę ją przeżyć.

    Ostatnie wydarzenia i zawirowania mocno odbiły się na moim spokoju i harmonii. Zburzyły to, co wydawało się stabilne. I wiem, że muszę wrócić do normalności. Ale tym razem powrót będzie łatwiejszy.

    Bo mam nowe fundamenty. Mam nową pracę, nowe ambicje, nowe wnioski. Każde doświadczenie, nawet te najtrudniejsze, uczyniło mnie bogatszą. I, choć czasem jeszcze bolę i pękam, jestem mądrzejsza.

    Nie uciekam już przed światem po to, żeby się zgubić. Znikam, żeby się znaleźć…

  • Autor: Anais Crow

    Terapia miała swój rytm. Codzienność układała się w schemat: pobudka, dojazd, społeczność, ćwiczenia, rozmowy. Było w tym coś kojącego, przewidywalnego. Ja która dotąd żyłam w chaosie wreszcie miałam strukturę, a ta trzymała mnie w ryzach.

    Ale im dłużej trwał ten porządek, tym bardziej zaczynałam czuć, że coś pod spodem się psuje. Niby uczestniczyłam we wszystkim, pisałam, mówiłam, analizowałam… a jednak momentami miałam wrażenie, że stoję obok samej siebie. Że tylko odgrywam rolę, zamiast naprawdę nią żyć.

    To właśnie wtedy pojawiło się to pierwsze, trudne do opisania drapanie od środka. Jeszcze nie wiedziałam, że to zwątpienie. Jeszcze udawałam, że mogę je zignorować, że wystarczy więcej notatek, więcej rozmów, więcej skupienia. Ale ono było cierpliwe. Codziennie trochę mocniejsze. Codziennie trochę bliżej.

    Wiosna zbliżała się wielkimi krokami, a ja wiedziałam jedno: albo znajdę w sobie nową siłę, albo to pęknięcie zamieni się w przepaść.

  • Autor: Anais Crow

    Moje ostatnie przeżycia i mój znajomy, którego zdanie bardzo sobie cenię (swoją drogą – dziękuję Ci, Ł., za inspirację). Dlatego też pozwolę sobie zacytować fragment jego wypowiedzi:

    „Człowiek zakochuje się tylko kilka razy w życiu. Kiedyś była K – myślałem, że wtedy się zakochałem, a to było zauroczenie i chęć “uratowania” jej. Potem jeszcze różne epizody, ale to nie było to. Z tą kobietą poczułem się “chciany”, akceptowała moje minusy i cieszyła się z plusów. Motywowała mnie, a ja ją… Pierwszy raz w życiu, potrafiłem z kimś rozmawiać przez telefon po kilka godzin dziennie, codziennie, przez kilka miesięcy. Chociaż broniłem się jak cholera, aby nasza przyjaźń nie skończyła się w łóżku, nie udało się – zbyt często się spotykaliśmy 😅. Wtedy byłem po prostu szczęśliwy. Byłem częścią jej życia, a ona mojego. Wysyłaliśmy sobie nawet, co kupujemy na kolację, jakie znaleźliśmy jabłko, bo przypominało to, które jedliśmy razem. A potem? Smutek. Tęsknota. Zaskoczenie i zdziwienie… I nie wiem, co jest w tej wiadomości, mam opory, by ją przeczytać. Domyślam się, że będzie tam tłumaczenie, dlaczego zniknęła.”

    Temat świeży, ważny i… cholernie istotny. Bo przecież jakie to piękne uczucie mieć swojego ulubionego człowieka.

    Człowieka, z którym można naprawdę wszystko. Przy kim mamy ogromny komfort bycia sobą, nie udajemy nikogo, nie zakładamy masek. Człowieka, przy którym serce bije spokojniej, a jednocześnie mocniej bo czuje się bezpieczne, akceptowane, rozumiane.

    I nie mówię tu tylko o związkach czy małżeństwach. Wręcz przeciwnie szczególną uwagę zwracam w pierwszej kolejności na przyjaźń. To właśnie ona jest początkiem wszystkiego. Jest fundamentem, na którym można zbudować szczęśliwy i trwały związek, ale też najpiękniejszą przyjaźń na całe życie.

    Ci, którzy odnaleźli w swoim życiu taką osobę, naprawdę mają szczęście. Bo towarzysz podróży życia to skarb, którego nie da się przecenić. Taka relacja nie potrzebuje gier, fałszu, manipulacji. Jest w niej szacunek, lojalność, szczerość. Uczucia są prawdziwe i wzajemne.

    Dopiero z czasem zrozumiałam, że bycie z kimś to nie tylko namiętność i doznania ciała. To przede wszystkim doznania duszy i serca. Uroda? Ma drugorzędne znaczenie. Kluczem jest bliskość. Bliskość, która tworzy więź spajającą dwie odrębne jednostki w całość.

    I to właśnie jest dla mnie wyjątkowe i fascynujące zjawisko.

    Bo ja też miałam swojego ulubionego człowieka. Miałam przy nim komfort bycia sobą, szczery uśmiech, radosne serce. Miałam kogoś, kto był moją przystanią i lustrem jednocześnie.

    Ale… to już historia na odrębny wpis. Na który jeszcze nie jestem gotowa.

  • Autor: Anais Crow

    Uważałam, że radzę sobie świetnie. Ciężko pracuję nad sobą, zaczynam dostrzegać więcej, rozumieć więcej. Ale trzeźwienie to nie tylko odstawienie chemii to codzienna czujność, bo każdy detal może być wyzwalaczem. Wystarczy przeoczyć coś z pozoru drobnego, by pojawiło się małe pęknięcie. A jeśli się go nie załata, rośnie, rozszerza się i w końcu zaczyna rozrywać od środka.

    Moim pierwszym pęknięciem była diagnoza psychiatry: choroba dwubiegunowa.

    Z jednej strony teoria pasowała, tłumaczyła moje nastroje, moje zachowania. Z drugiej cios prosto w samoocenę. Byłam dopiero na początku drogi do pokochania siebie, a tu kolejny stempel, kolejna łatka. Odebrałam to negatywnie, wepchnęłam w cień, udawałam, że mnie to nie dotyczy. Ale to już wtedy zaczęło drążyć.

    Potem nadszedł czas ferii zimowych. Zabrałam córkę do siebie. To były nasze wspólne dni, tylko dla nas.

    Oglądałyśmy filmy, bajki, wygłupiałyśmy się. Ona bawiła się z kotem, malowała się i robiła mi swoje dziecięce tutoriale makijażowe. Chodziłyśmy do kina, albo po prostu leżałyśmy razem i nic nie robiłyśmy. Zgrało się tak, że spędzałyśmy jej urodziny dziewiąte. A ja wciąż miałam przed oczami dzień, kiedy się urodziła. Czas naprawdę potrafi być bezlitosny.

    Ona jest moją dumą i moim szczęściem. Kocham ją tak, jak potrafię najlepiej. A wiem, że różnie z tym moim „matkowaniem” bywało. Ale to, że mieszka z tatą, to była dobra decyzja. Widzę ich relację, słyszę jak o nim opowiada. Widzę, że ma wzór, autorytet, że on pokazuje jej świat, uczy jej rzeczy, których ja bym nie pokazała. Wiem, jak wiele pracy włożył, by dać jej stabilizację po naszym rozstaniu. Bardzo go za to szanuję. Może nawet powinnam mówić mu to częściej bo przejął rolę i taty, i mamy. On jest z nią dwadzieścia cztery godziny na dobę.

    Terapia zmieniła też moje spojrzenie na to wszystko. Uczę się analizować moją relację z ojcem, z bratem i dzięki temu zaczynam lepiej rozumieć, jak być matką. Nie idealną, ale swoją własną.

    Po feriach wróciłam do ośrodka. I wraz ze zbliżającą się wiosną zaczęło mnie coś uwierać. Najpierw lekko, ledwie odczuwalnie. Ignorowałam to. Ale to było błędem. Bo pęknięcie się powiększało.

  • Autor: Anais Crow

    Kłamstwo ma krótkie nogi, ale rani na długo.

    Najbardziej wtedy, gdy zawodzi ktoś, kogo uważaliśmy za najbliższego.

    Nie wierzę w drugie szanse. To jak trzymanie w ręku odbezpieczonego granatu i udawanie, że nic się nie stanie. Człowieka nie zmienisz warunkiem, prośbą, groźbą. Zmienia się tylko ten, kto naprawdę chce dla siebie, nie dla innych.

    I dlatego kłamstwo, choć boli, ma jedną przewagę: szybko obnaża prawdę. Zdejmuje maski, obnaża lojalność albo jej brak. Bez szczerości nie istnieje ani przyjaźń, ani miłość. Brak zaufania to nie rysa to przepaść.

    Możesz kogoś kochać, ale jeśli cios z kłamstw trafia prosto w ciebie, masz obowiązek postawić siebie na pierwszym miejscu i odejść. Inaczej to twoje serce zamienia się w pole minowe.

    Kłamstwo to rak. Rozrasta się, niszczy, aż w końcu nie zostaje nic. A narkomania? To choroba kłamstwa i kombinacji jej korzeń i jej brudna krew.

    Tylko prawda leczy. Nawet jeśli pali jak ogień. Fundamenty oparte na niej wytrzymają każdą burzę. Te zbudowane na kłamstwie prędzej czy później runą w pył.

    Dlatego życzę Wam i sobie jednego: nie otaczać się kłamcami. Bo życie jest zbyt krótkie, by tracić je na ludzi, którzy boją się prawdy.

  • Autor: Anais Crow

    I przyszedł ten czas, że chcę opowiedzieć o osobie, która odgrywa w moim życiu ogromną, wręcz fundamentalną rolę. Nie mogę o niej wspominać tylko wtrąceniami w innych historiach zasługuje na osobny wpis.

    Bo jak już mówiłam, przypadków w życiu nie ma. Ona pojawiła się na mojej drodze dokładnie wtedy, kiedy musiała. Wszechświat doskonale wiedział, co robi.

    Nasze pierwsze spotkanie — 2017 rok. Poszłam do niej na rozmowę o pracę. Dostałam tę pracę i to była jej pierwsza rola: szefowej. Z jej spokojem, cierpliwością i jakimś wewnętrznym porządkiem potrafiła okiełznać mój chaos. Uczyła mnie, jak odnaleźć się w pracy, była przy mnie, kiedy się sypałam prywatnie. Mogłam na nią liczyć. Gdy moja matka zmarła, była. Widziała mnie w najgorszych momentach, choć nigdy nie oceniałam jej reakcji czy wtedy już podejrzewała, jak bardzo się kaleczę? Kiedy poparzyłam sobie twarz żelazkiem, kłamiąc, że to prostownica… czy wtedy wiedziała, że to desperacka ulga? Dziś myślę, że tak.

    Potem nasze drogi się rozeszły. Moje życie zawróciło w stronę destrukcji rozwód, wyprowadzka, Warszawa, ośrodki. Kontakt się urwał, ale Wszechświat znowu zrobił swoje i wróciła. Najpierw jako przyjaciółka. Rozmowy, rady, czasem pochwała, czasem opieprz. Prawdziwe, szczere, potrzebne.

    Bywały momenty, że znów się odsuwałam. Wstydziłam się przed nią, że znowu ćpam. Milczałam. Ale wracałam. Zawsze wracałam. A ona nigdy mnie nie odtrąciła. Za każdym razem przyjmowała mnie jak zbłąkane dziecko wracające do domu. I wtedy dostała swoją ostatnią, najważniejszą rolę: matki zastępczej.

    I tu pojawia się kontrast. Moja biologiczna matka dała mi życie, ale nigdy nie dała mi bezpieczeństwa, ani akceptacji. Była jak kat, który zamiast tulić ranił. Zamiast wspierać — straszył. Zamiast budować burzył. To ona zabrała mi dzieciństwo i mojego brata. Do dziś jego śmierć noszę w sobie jak otwartą ranę. I dziś już wiem: to jej słowa, jej strachy, jej brak czułości doprowadziły do tamtej tragedii.

    A Ona? Moja „Matka z wyboru”? Ona zrobiła coś odwrotnego. Wypełniła pustkę. Dała mi to, czego nigdy nie dostałam od rodzicielki: ciepło, cierpliwość, akceptację. Nauczyła mnie na nowo żyć. Prowadzi mnie jak dziecko uczące się stawiać pierwsze kroki. Nigdy nie odwróciła wzroku. Nigdy nie powiedziała, że ma mnie dość.

    Jest moim autorytetem, wzorem, drogowskazem. Przeżywa ze mną wszystko wzloty i upadki, sukcesy i porażki. Nie odwraca się. Jest jak bezpieczna przystań, jak miękkie lądowanie po każdej katastrofie. Jak matka, która nie urodziła, ale wychowuje bo to ona daje mi to, czego biologiczna nie potrafiła.

    Jest niesamowitą kobietą: mądrą, bystrą, wyrozumiałą, troskliwą, zabawną, nietuzinkową. Moja wdzięczność nie ma granic. Kocham ją całym sercem. Chronię ją i nie pozwolę, by ktokolwiek zrobił jej krzywdę.

    Ona jest moją matką z wyboru. Tą, którą podarował mi Wszechświat, żebym w końcu wiedziała, jak to jest być kochaną nie za coś, ale pomimo wszystko.

  • Autor: Anais Crow

    Kiedy w końcu naprawdę otwierają się oczy i umysł bo przestaje je otępiać chemia zaczyna się inny świat. Nie ten rozmyty, półprzykryty dymem i iluzją, ale świat pełen szczegółów: niewypowiedzianych słów, gestów, spojrzeń, które wcześniej przepadały gdzieś za kurtyną haju. To moment, w którym nic już nie jest takie samo.

    Dla mnie zdrowienie to nie filmowy finał ani linia prosta. To ciągłe, bezlitosne analizowanie: dlaczego zareagowałam tak, a nie inaczej; co ukrywał mój odruch; które wspomnienie pociągało mnie za język. To proces myśli, który czasem rani bardziej niż kreska bo wymaga prawdy, której wcześniej tak skutecznie unikałam.

    Moje uzależnienie wciąż uczy. Pokazuje mi, że nadal bywam bezradna wobec choroby, że pomimo świadomości i doświadczenia wciąż potrafię się pogubić. Siedzę więc pośrodku świata, który widzę teraz chyba ostrzej niż inni: tonie w dragach, udaje, że „jest dobrze”, przykrywa kłamstwa. I widok ten przeraża. Czuję, że popadam w obłęd. I wiem też z bolesną klarownością, że w dużej mierze jestem temu winna sama.

    Dlaczego? Bo nie potrafię zamknąć drzwi za sobą. Bo środowisko, w którym żyłam, znałam na wylot jest jak stary sweter, wygodny i dziurawy zarazem. Bo boję się nieznanego, bojąc się, że nowy świat mnie nie przyjmie. I tak zostawiam furtki: „jak coś pójdzie nie tak, to wrócę tam, gdzie znam zasady gry”.

    Maksymy z ośrodka brzmią prosto: „Jak nic nie zmienisz, to nic się nie zmieni.” I k#rwa! — mają rację. Bo są tylko dwa kierunki: albo trzeźwość i zdrowie, albo wieczne odurzanie. Nie ma półśrodków, nie ma „może kiedyś”.

    Dziś widzę to jasno: to nie jest chwilowy wybór to droga bez powrotu. I albo pójdę nią wreszcie na serio, albo zostanę w miejscu, które mnie zjada. Nie ma więcej wymówek.

  • Autor: Anais Crow

    Powoli zaczynałam wierzyć, że mogę marzyć. Że mogę chcieć czegoś więcej niż tylko przetrwać. Zaczynałam od drobiazgów, bo tylko tak mogłam to udźwignąć. Pierwsze razy są jak tatuaż wypalają się w pamięci i zostają już na zawsze.

    Pierwsze było przełamanie wstydu. Poszłam na profesjonalną sesję zdjęciową. Ja ta, która zawsze wstydziła się swojego odbicia w lustrze. Obiektyw mnie paraliżował, nie wiedziałam co zrobić z rękami, czułam się jak słoń w składzie porcelany. Ale kiedy zobaczyłam efekt… wbiło mnie w fotel. Na zdjęciach była kobieta, która przeszła przez piekło, ma blizny i pęknięcia, ale stoi. Patrzyłam na nią i wiedziałam, że walczy. To jedno zdjęcie, które wisi dziś na mojej ścianie, przypomina mi, że jeśli czegoś bardzo chcę to to osiągnę. Choćby cały świat był przeciwko mnie.

    Ale najważniejsze przyszło chwilę później. Moje drugie „pierwsze”. Niby zwyczajne marzenie pójść na mecz. Nigdy wcześniej nie byłam na stadionie. Aż pewnego dnia, dzięki Czaro, trafiłam na Łazienkowską. Dostałam szalik, koszulkę, jakby ktoś pasował mnie na kibica. Weszłam na Żyletę i… przepadłam.

    To nie był mecz. To było przebudzenie. Pierwszy raz w życiu czułam, że mogę wrzeszczeć, drzeć się z całych sił i nikt mnie za to nie oceni. Mogłam wyrzucić całą agresję, cały ból, wszystko co mnie trawiło i nagle poczułam wolność. Kiedy trybuny ryknęły „Sen o Warszawie”, kiedy poleciał pierwszy gwizdek, wiedziałam, że zostałam kupiona na zawsze. Serce waliło mi jak szalone, oczy błyszczały. To była moja nowa religia.

    Kibicowanie dało mi to, czego przez lata szukałam w dragach ulgę, katharsis, czyste emocje. Wyszłam ze stadionu jak na skrzydłach. Lżejsza niż kiedykolwiek, szczęśliwa i dumna. Czaro powiedział wtedy: „Zrobię z Ciebie fanatyczkę.” I miał rację. Od tamtej pory nie opuściłam ani jednego meczu. Może się walić i palić a ja lecę na Żyletę. Jedna drużyna, jedna miłość- Legia.

    Ośrodek stał się moim domem, grupa i terapeuci rodziną. Taką rodziną, którą zawsze chciałam mieć a nie miałam.

    To szczęście, że trafiłam na naprawdę świetną grupą. Parę osób należy do mojego specjalnego kręgu zaufania. Szczególne podziękowania i wyrazy miłości dla Rafcia, Papcia. Wiem, że czytają i wspierają mnie. Dziękuję Wam za to. ❤️

  • Autor: Anais Crow

    Najpierw był poranek. Nie wielka metafora zwykły poranek: kawa nie trzęsąca się w dłoni, bo ręce przestały drżeć, spacer, którego nie musiałam przerywać, żeby zrobić kolejną kreskę. To były małe gesty, te najbardziej prozaiczne, które dotąd krzyczały: „jeszcze chwila, jeszcze jedna”. Teraz milczały. I ja słyszałam ciszę, która nie była pustką, tylko przestrzenią.

    Nawyk po nawyku układał mnie na nowo. Rytuały proste jak mycie zębów, jak rozkładanie dnia dawały mi ramę, w której mogłam stać prosto. Wstać o tej samej godzinie. Zjeść śniadanie. Posprzątać. Zaplanować. Nie dla kogoś, nie żeby wyglądać na „ogarniętą”, ale żeby nie wrócić na autostradę do nikąd. To były ćwiczenia wolności: systematyczność, która uczyła mnie, że wolność też potrzebuje dyscypliny.

    Byłam w sobie. I to było najbardziej zaskakujące nie w sensie „lubię siebie”, tylko w sensie: potrafię być ze sobą bez paniki. Usiąść przy oknie i nie szukać ucieczki. Patrzeć na ludzi na ulicy, nie próbować ich kupić uwagą, nie prosić o potwierdzenie, że istnieję. Czułam jak moja skóra odpuszcza. Jak ciężar z barków się odsłania i znika w powietrzu. Lekkość, która nie jest pustym słowem to była fizyczna zmiana: oddech wolniejszy, krok spokojny, głos własny.

    Miasto grało inaczej. Zwykłe dźwięki tramwaj, jakiś sprzedawca, śmiech obcej pary nie były teraz tłem do paniki, tylko fakturą dnia. Rezonowałam z tym tempem. Nie musiałam gonić rytmu, bo znalazłam swój. Było w tym coś dziecinnego i dorosłego jednocześnie: radość z małych rzeczy, i świadomość, że mogę trwać.

    Najważniejsze: nie czułam już pustki, którą kiedyś wypełniałam dragami. Zamiast tego pojawiła się wdzięczność nie wielka i patetyczna, tylko miękka, codzienna. Za ciszę poranka. Za kubek kawy dokończony do dna. Za to, że mogłam przytulić się do siebie i nie uciekać. To była wdzięczność, która nie wymagała bezzasadnych gestów — tylko obecności.

    I wtedy przyszło to: najlepszy czas. Nie dlatego, że wszystko zostało naprawione. Nie. Bo wciąż było dużo do zrobienia. Ale pierwszy raz od dawna wiedziałam, jak smakować dzień. Jak oddychać bez lęku, jak dotknąć własnego życia bez rękawic ochronnych.

    To była wolność, która nie jest epickim wykupieniem biletu na wieczne szczęście to była wolność, która pozwalała mi stać przy oknie i patrzeć, nie chcąc już nigdzie uciekać.

  • Autor: Anais Crow

    Narkoman to chodzący chaos nieprzewidywalny nawet dla samego siebie. Myślisz, że już wszystko wiesz o chorobie, że znasz wszystkie sztuczki własnej głowy, a ona i tak wyciąga asa z rękawa. I tak właśnie było ze mną. Wiedza, samoświadomość, doświadczenie a mimo to przegapiłam głody, zlekceważyłam wyzwalacze, nie odsunęłam toksycznych znajomości. Efekt? Zaćpałam.

    Ale to zaćpanie było inne. Zamiast ulgi przyszła fala wstydu. Zamiast „jest dobrze” – autoagresja i depresja. Nienawidziłam siebie za to. Nie wiedziałam, co zrobić, jak to odkręcić. W głowie jazda bez trzymanki, a jednak… w poniedziałek poszłam prosto do terapeutów i przyznałam się. To był dla mnie moment przełomowy – nie uciec, nie kłamać, tylko stanąć w prawdzie.

    Dali mi drugą szansę. A ja po raz pierwszy poczułam, że ktoś wierzy we mnie bardziej niż ja sama. Na społeczności opowiedziałam wszystko grupie. Bałam się oceny, potępienia, ale spotkało mnie coś odwrotnego dostałam mnóstwo trafnych, mocnych informacji zwrotnych i wsparcie, jakiego wcześniej nie znałam.

    I właśnie wtedy, w tym wstydzie i upadku, rozpoczęła się moja prawdziwa terapia. Nie wtedy, gdy podpisałam papiery, nie w pierwszym tygodniu, ale tam gdy zobaczyłam, że nawet upadając mogę zostać podniesiona.

  • Autor: Anais Crow

    Pierwsze dni terapii przypominały mi trochę rozgrzewkę przed walką niby nic wielkiego, a pot człowiekowi spływa po plecach. W poniedziałek jeszcze czułam się jak nieproszony gość, jakby ktoś mnie wsadził do obcego świata. Ale już po kilku dniach złapałam rytm. Ośrodek miał swój własny zegar społeczności, zajęcia, krótkie przerwy na kawę i papierosa a ja zaczynałam się w tym porządku odnajdywać.

    Nie było łatwo. W środku nadal darła się moja sabotażystka:

    „Po co tu siedzisz? Daj spokój, i tak nic z tego nie będzie.”

    Ale ja już nie słuchałam jej tak uważnie. Może dlatego, że widziałam, jak inni się otwierają. Jak ktoś opowiadał, że stracił rodzinę. Jak inny trząsł się cały, żeby w ogóle powiedzieć swoje imię. Każdy tu miał swoje piekło, swoje rany. To dawało mi poczucie, że jednak nie jestem wyjątkiem że nie tylko ja dostałam od życia po mordzie.

    Pierwsze ćwiczenia były dla mnie jak rozrywanie zaschniętej rany. Mieliśmy mówić o emocjach, nazywać je, a ja… ja nawet nie wiedziałam, jakie mam. Pustka. „Złość”, „strach”, „smutek” – takie banały. A we mnie siedział cały arsenał, którego nie potrafiłam ubrać w słowa. Patrzyłam na innych, którzy próbowali, i czułam dziwną mieszankę podziw, litość i złość na samą siebie, że ja ciągle uciekam w wygłupy, w gadulstwo, zamiast rozebrać się z tej swojej skorupy.

    Wracałam do domu po każdym dniu zmęczona, ale też lżejsza. Jakby ktoś wyjął mi z plecaka kilka cegieł. Nadal nie wiedziałam, co ze mną będzie. Nadal myślałam, że mogę w każdej chwili spieprzyć. Ale zaczynałam też rozumieć, że tu może być moje być albo nie być.

  • Autor: Anais Crow

    Bywa, że ludzie wchodzą w nasze życie jak turyści: robią hałas, zostawiają śmieci i odjeżdżają, nie zważając, że zostawili dziurę. Bywa też, że zostają i wtedy ich obecność staje się powolnym osiadaniem błota: drobne kłamstwo, drobne wymówienie, malejący nurt zaufania aż w końcu toniesz. Nie dramatyzujmy nad dramatem — opowiem krótko i bez lukru.

    Kłamstwo ma wagę. Nie jest to mały kamyk rzucony do wody, którego fale szybko nikną. To cegła. Cegła po cegle buduje mur między ludźmi. I kiedy ten mur stoi, żadne „przepraszam” powiedziane między kolejnymi butelkami, żadne obietnice „od jutra” nie zburzą go. Bo zaufanie nie znika w jednym momencie zaufanie umiera powoli, codziennie dokarmiane drobnymi fałszami.

    Dziś wiem, że nie ma gorszej lekcji niż ta kosztowna: wierzyć komuś, kto nie chce uwierzyć w samego siebie. Kto idzie na „terapię dla zasady”, bo tak wygodniej, bo tak trzeba, bo trzeba usprawiedliwić kolejny dzień nieodpowiedzialności. Kto kłamie prosto w oczy, żeby nie naprawiać. Taki człowiek nie szuka pomocy on szuka alibi.

    Morał? Prosty i bez kompromisów: nie dawaj drugiej szansy temu, kto uczynił z twojej ufności trampolinę do własnych upadków. Druga szansa to luksus, na który może pozwolić sobie ktoś odpowiedzialny; nie jest to darmowy bilet dla kogoś, kto regularnie pali mosty i liczy, że zapomnisz. Chronić siebie nie jest egoizmem to logika przetrwania.

    Ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby przeczytać ten tekst i roześmiać się w myślach: pamiętajcie prawda ma swoje drogi, a konsekwencje przychodzą nie zawsze natychmiast. Kłamstwo może przez jakiś czas nosić maskę dobrego humoru, ale prędzej czy później spada z twarzy i wygląda dokładnie tak, jak było: brzydko i bez wymówek.

    Chcę jeszcze dodać jedną rzecz do tych, którzy boli to, co się stało: twoja wartość nie jest wynikiem czyjegoś oszustwa. To, że ktoś był tchórzem lub złodziejem prawdy, nie pomniejsza twojej odwagi. Przyznać się do upadku, podnieść wzrok i iść dalej to jest heroizm naszych dni. Nie żałuj, że kochałaś. Bądź surowa dla kłamstwa, łagodna dla siebie.

    Na końcu do tych, którzy myślą, że nie poniosą kosztu swoich czynów: zobaczysz. Kiedyś, w ciszy, będziesz miał przed sobą własne odbicie. I wtedy albo się przestraszysz, albo zaczniesz coś naprawdę zmieniać. Oby odpowiedzialność przyszła wcześniej niż strata.

  • Autor: Anais Crow

    Dotrwałam, udało się. Brawo ja.

    Zajęcia zaczynały się o 8, a ja wstałam o 4 – żeby się ogarnąć, wyszykować, przygotować tak, jakbym szła pierwszy raz do szkoły. W głowie krążyły myśli: „co jeśli…?”, ale przecież przeżyłam swoje ciągi, więc i to przeżyję. Najgorsze jest wejście. Potem jakoś pójdzie.

    Na start oczywiście papierologia – poszło gładko. O 9 pierwsza społeczność. To ten moment, w którym przywitano mnie na grupie. Niby proste, a właśnie tego bałam się najbardziej. „Co jeśli mnie ocenią? Co jeśli będą porównywać?”. Ale zaraz, przecież tu wszyscy jesteśmy tacy sami żadnych rad, żadnych ocen, tylko prawda i praca.

    Przyszedł mój moment. Przedstawiłam się, w skrócie opowiedziałam swoją historię uzależnienia i powód, dla którego tu jestem. Padło parę pytań dziś już nie pamiętam jakich – ale pamiętam, że wtedy poczułam… jakbym trafiła na swoje miejsce. Coś jeszcze we mnie uwierało, coś wierciło się razem ze mną na tym krześle, ale wiedziałam: to jest moje być albo nie być.

    Do piętnastej siedziałam jak na szpilkach, słuchałam, patrzyłam nieufnie na innych i wciąż zadawałam sobie to samo pytanie: „co ja tu, k#rwa, robię?”. Ale przetrwałam. Nie urwało mi rąk ani nóg. Wciąż żyję. Brawo ja po raz drugi.

    Na koniec padło pytanie terapeuty: „Czy jutro będziesz?”.

    Moja odpowiedź: „Tak”.

    Wracałam do domu zmęczona, z głową pełną myśli, ale też lżejsza jakbym zostawiła tam część swojego ciężaru. A w domu czekał na mnie kot. I to było miłe. Pierwszy raz od dawna nie musiałam wracać do pustki.

  • Autor: Anais Crow

    Nadszedł dzień wyczekiwanej kwalifikacji. Stawiłam się w ośrodku o wyznaczonej godzinie, z całym pakietem dokumentów z poprzednich miejsc, jakbym niosła akta jakiejś recydywistki. Czekałam, aż ktoś wywoła moje imię.

    I wtedy pojawiła się ona – szczupła blondynka, z uśmiechem, który miał mnie rozbroić. Zaprosiła mnie na rozmowę. Usiadłam naprzeciwko niej w fotelu i… pustka. Głowa podpowiadała: „nie mam pojęcia, co jej powiedzieć”. Ale gęba zrobiła po swojemu wyrzuciła z siebie wszystko, co ślina przyniosła na język. Że mam dość, że jestem zmęczona tym ciągłym ćpaniem, tym, że nic się nie zmienia, że kręcę się jak chomik w kółku, bez końca, bez sensu.

    Wygadałam się. Ulżyłam sobie. Widziałam, że mnie słucha, że coś zapisuje. Ale czy wzbudziła moje zaufanie? Nie. To nie było takie proste. Prawda jest taka, że gdyby mnie nie zatrzymała, zagadałabym ją na śmierć i wyszła z tego rozmowa, w której paradoksalnie i tak zostałam przy swojej nieufności.

    Wynik kwalifikacji – pozytywny. Mogę rozpocząć terapię. Ustaliliśmy termin. Formalność odhaczona.

    A potem wróciłam do domu i, jak zawsze, odezwała się moja wewnętrzna sabotażystka. Że coś z tą terapeutką jest „nie tak”, że nie wzbudziła mojego zaufania, że może to wszystko nie dla mnie. Ale zaraz przecież obiecałam sobie otwarty umysł, obiecałam słuchać terapeutów, a nie własnych wymówek. Pierwszy krok zrobiony. Drugi też. Nie ma odwrotu.

    Trzeba było tylko przeczekać do 26 października. I nie ćpać.

  • Autor: Anais Crow

    Doczekaliśmy września. Poszłyśmy z Młodą na rozpoczęcie roku szkolnego w dobrych nastrojach. Wakacje były udane, wróciłam do zdrowia i do względnego spokoju.

    Warszawa przywitała mnie znanym mi zapachem i gwarem, tęskniłam za moim ukochanym miastem.

    Miałam gdzie mieszkać, zaczęłam się urządzać, przywracać równowagę i pakować na moje wakacje. Marzyłam o takich wakacjach od dawna i tym razem mi się udało spełnić to marzenie. Pod koniec pierwszego tygodnia września poleciałam do Turcji. Odpocząć, wytrzeźwieć do końca i skupić się na sobie i na tym, co dalej. Słońce, plaża, ciepłe morze i czego chcieć więcej?! Poznałam fajnych ludzi, zwiedzałam, opalałam się. Doznałam takiego high life, jakiego dawno nie miałam.

    Spacerując nocami po plaży, brzegiem morza, myślałam co dalej?! Co zrobić po powrocie do domu? Zaczynałam dostrzegać plusy trzeźwienia, nie uskuteczniałam wiecznego czarnowidztwa, brak zjazdów i czułam tę zapomnianą wolność duszy. Aż w końcu zawarłam ze sobą i tą drugą pakt. Ostatni raz podejmuję próbę leczenia. Jeśli tym razem ośrodek mi nie pomoże wrócę do dragów.

    Warunek był jeden: podejdę do tej terapii inaczej. Z otwartą głową i sercem. Będę słuchać zaleceń i terapeutów. Będę przestrzegać zasad. Tym razem będę robić po „ich”, bo skoro do tej pory po mojemu nie wychodziło, to znak, że trzeba coś zmienić.

    Z takimi postanowieniami wróciłam do domu. Niestety, ostatniego dnia dopadł mnie „covid”. Do pracy już nie wróciłam. Zdecydowałam się na terapię dzienną. Z racji tego, że miałam wirusa, musiałam to przeczekać. I jakżeby mogło być inaczej? Myśli rezygnacyjne i głód uderzyły z podwójną siłą, bo skoro się rozchorowałam, to może znak, żeby odpuścić terapię. W głowie myślotok.

    Miotałam się pomiędzy rozsądkiem a pragnieniem. W końcu, kiedy wirus odpuścił, Pan T. zawiózł mnie do ośrodka. Pilnował, żebym do niego weszła. Samo miejsce wywołało we mnie szybsze bicie serca i pytanie w głowie: „k#rwa, co ja tu robię?”.

    Ale i tym razem tak jak wtedy w Sylwestra w Luzztro rozsądek wygrał. Weszłam do sekretariatu, a tam przywitała mnie z uśmiechem moja (dziś już) ukochana Pani Nutka. Wszystko wytłumaczyła, wyjaśniła jakie skierowanie, co potrzebne i otworzyła kalendarz, kiedy jest wolne miejsce na kwalifikacje.

    I wtedy, z tym całym strachem, pamiętam jak dziś, powiedziałam: „Błagam Panią, niech mnie Pani nie odsyła z kwitkiem, bo boję się, że już nie wrócę”. I nie odesłała. Termin został wyznaczony.

    Musiałam te kilka dni wytrzymać. Wyszłam jakaś taka lżejsza, jakby kilka kilogramów ciężaru zostało tam, w sekretariacie. Dziś mogę powiedzieć jedno: kocham tę kobietę, bo uratowała mi wtedy życie.

    I tak zaczęłam odliczać czas do kwalifikacji przyjęcia do ośrodka.

  • Autor: Anais Crow

    Od dawna wiem, że moim sposobem na głód, na porażki i własną bezsilność jest sen. Nie zwyczajny, nie ten codzienny. To hibernacja. Zanurzam się w ciemność jak niedźwiedź, który przeczuwa zimę, tylko że moja zima trwa bez końca. Zasłaniam okna, nie wpuszczam światła w mieszkaniu robi się chłód grobowca, powietrze stoi nieruchomo, a ja spadam w sen, który nie daje odpoczynku, tylko wymazuje istnienie.

    Sen chroni mnie przed tym, co czeka na zewnątrz, i przed tym, co mogłoby kusić wewnątrz. Dzięki niemu nie sięgam po truciznę, którą kiedyś nazywałam ulgą. Ale to nie jest zwycięstwo to raczej uwięzienie. Izoluję się od bliskich, a najbardziej od siebie. Gubię własne odbicie, a cisza zaczyna mówić w moim imieniu.

    Wiem, powiecie: „to nie jest droga”. Ale gdy nie widzisz żadnej innej ścieżki, najbezpieczniej zaszyć się w mroku. Tyle że bezpieczeństwo w grobowcu jest złudne. Mija wiosna, lato się kończy, a jesień staje u progu z pustym spojrzeniem. Jesień zawsze była dla mnie czasem dziwnych rozkwitów tylko nie wiem, czy tym razem zakwitnie coś dobrego, czy kolejna trucizna.

    Boję się o siebie. Boję się własnych myśli. Tego jednego zdania, które pojawia się w głowie jak szepty zza ściany: „ulżyj sobie, tylko raz.” A ja wiem, że raz to zawsze początek. Raz to lawina. Raz to powrót w ciemność, z której mogę już nie wyjść.

    Hibernacja jest moim ratunkiem i moim przekleństwem. Trzyma mnie w bezruchu, chroni przed upadkiem, a jednocześnie powoli mnie zjada. I nie wiem, co jest gorsze — obudzić się i stanąć twarzą w twarz ze światem, czy spać dalej, aż ciało nauczy się żyć bez duszy.

    Na koniec bo lubię zostawiać coś, co drapie w myślach:

    Zasypiam jak oblubienica nocy. Budzę się, kiedy świat nadal nie ma dla mnie odpowiedzi. I choć wiem, że sen mnie trzyma, to czasami boję się, że trzyma mnie za mocno.

  • Autor: Anais Crow

    Taplałam się w tym swoim gównie i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby odstawić dragi. Bo niby po co? I tak wszystko było do dupy. Rzeczy zapakowałam do przechowalni, zostałam z walizką najpotrzebniejszego. Na chwilę uratowała mnie szefowa wcisnęła mnie do firmowych apartamentów, czynsz ściągnęła z wypłaty. „Masz miesiąc, żeby się ogarnąć”. Jasne… przecież ja wtedy nie ogarniałam nawet własnych myśli.

    Pracowałam, padałam na twarz, spałam gdzie popadnie na zmianie, na zapleczu, byle tylko nikt nie zauważył. Ale jak to w życiu bywa wszystko się sypie. Druga nagana. Dywanik. Ultimatum: albo coś ze sobą zrobię, albo koniec współpracy. I to był moment, w którym nawet dno zaczęło mnie od siebie odpychać.

    Wyjechałam na urlop. Dwa tygodnie z córką. I to był punkt zwrotny. Nie z jakiejś wewnętrznej mocy, nie z bohaterstwa ja po prostu nie miałam już siły. Z dnia na dzień przestałam brać. Zejście? Piekło. Gorączka, dreszcze, kości jakby miały pęknąć od środka. Myślałam, że się przekręcę. A w tym wszystkim ona moje dziecko. Przytulała mnie, dbała o mnie, bez żadnych pretensji. Ja, wrak człowieka. Ona cała miłość i troska, jakiej potrzebowałam.

    Obiecałam jej, że zabiorę ją nad morze. I słowa dotrzymałam. Dzięki Panu T. udało się znaleźć mieszkanie, udało się też wyrwać na tydzień nad Bałtyk. Pamiętam ten pierwszy oddech wolności. Wschód słońca, szum fal i ja bez dragów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam taką ulgę. Każda godzina na trzeźwości była jak nowe życie. Inne myśli, inne spojrzenie, inne wnioski.

    Nie było łatwo codziennie toczyłam bitwę z głodem, z pragnieniem, z tym cholernym pytaniem: „co dalej?”. Ale pierwszy raz od dawna poczułam, że mam wybór. Nie tylko reagować, ale decydować. Nie tylko przetrwać, ale spróbować żyć.

    Maj mnie obudził. Nie przez wielkie objawienie, tylko przez małe rzeczy uśmiech dziecka, spacer wzdłuż brzegu, kubek kawy wypity bez trzęsących się rąk. To jeszcze nie była wygrana, ale pierwszy prawdziwy oddech.

  • Autor: Anais Crow

     I mimo że w środku mam chęć na odrodzenie, rzeczywistość wygląda inaczej: izolacja, pustka w portfelu, bolące zęby, cisza od wydawnictwa, terapia która powtarza mantry o czasie i lepszym jutrze.

    Brzmi jak banał, ale to nie jest banał. To codzienność, w której każdy krok jest zużywającą się baterią. Nie chcę romantyzować bólu ani dramatyzować wytrwałości po prostu mówię: czasami dług trzeźwości zostaje niewidoczny. I tak, wiem, że „to normalne”, że to etap, że ma minąć. Ale ja już nie mam siły udawać, że widzę tamten punkt gdzie „ma być lepiej”.

    Odraczam. Daję sobie 24 godziny. To mały, brudny, uczciwy rytuał: nie ulegnę dziś impulsowi do ulgi. Jeśli to czytasz i rozumiesz to przynajmniej na poziomie kości — napisz. Nie musisz opisywać wszystkiego. Napisz: „Jesteś?”. Wystarczy.

    Piszę dalej, bo nawet kiedy słowa wyglądają na bezsens, są jedyną mapą, jaką potrafię stworzyć. Nie mówię, że wiem jak wyjść z tego całkowicie, mówię, że póki co chcę wytrwać w kolejnym 24-godzinnym oknie. Chcę, żeby ktoś wiedział, że to nie jest heroizm. To jest walka o jutro.

  • Autor: Anais Crow

    Kwiecień przeminął niewidocznie jak sen po którym nie pamiętasz twarzy. A potem przyszedł maj: słońce, pierwsze prawdziwe zielone pąki, powietrze, które pachniało jak obietnica. Kocham maj. Nie dlatego, że się w nim urodziłam, lecz dlatego, że zawsze mi coś w nim pękało i coś we mnie się zaczynało namnażać. Natura restartowała się, a ja z nią tylko że moje „przebudzenia” nigdy nie były bezkosztowe.

    Zryw energii nadepnął mi na odcisk i wciągnął nowego mężczyznę na orbitę: Pan T. Opiekun, ktoś, kto wpadł w moje życie dokładnie wtedy, kiedy byłam gotowa wierzyć w cokolwiek. Nie będę się rozwodzić on dał mi pomoc i zaprowadził mnie w jedno wyjątkowe miejsce, za co mu dziękuję, choć ból pomiędzy tym wszystkim nadal jest. Był to jednak błąd. Największy z serii.

    W urodziny poleciałam do Szkocji. Piękno miejsca, fala nowości to było jak narkotyk osobny. Zakochiwałam się w podróżach, w miejscach, w obsesjach na punkcie obcych mężczyzn. Myślałam, że złapałam Boga za nogi. Miało być cudownie. Było intensywnie. I prysło. Bo kiedy wyczujesz dragi w powietrzu to już koniec. A jeśli jesteś czyjąś opcją, nie priorytetem, to prędzej czy później obudzisz się z ręką w nocniku.

    Robię to sobie regularnie zgadzam się na iluzje, wierzę w nie, a potem zostaję spalone. Byłam naiwną mistrzynią autooszustwa. Porażka miażdży i moje remedium? Amfetamina. Tak, wróciłam do starego kochanka. Od czerwca do sierpnia diler był moim najlepszym znajomym: dzwoniłam codziennie, prosiłam, błagałam. Wiedziałam, że to destrukcja i paradoksalnie, to dawało mi poczucie kontroli.

    Problemy lały się jak deszcz. Przeprowadzka wisiała nad głową jak miecz Damoklesa, nie miałam gdzie pójść. Porażki w relacjach, chaos w pracy, spóźnienia, zasypianie na zmianach bo sił brak. Towarzystwo „Młodego” niczego nie naprawiało: on palił crack, alfę, a dla mnie miał tylko grudę i zielsko. Jakim cudem jeszcze wtedy funkcjonowałam — do dziś nie wiem.

    To, co później przyszło, porównywałam do walki o życie. Jak zmartwychwstanie wychodziłam z tego, składałam się na nowo. Ale życie miało inne plany: przyszło spakować się i wynieść. Kilka pudeł, walizka, zamknięte drzwi za sobą. Historia zatoczyła kolejne koło i znów poczułam, że stoję na linii startu biegu, którego trasa prowadzi prosto w przepaść.

    Maj dał mi energię i zabrał spokój. To było przebudzenie, które zamiast ratować, postawiło mnie na krawędzi. I tak kończy się ten akt: z walizką w ręku, z sercem rozsianym na drobne kawałki i z myślą, że następny ruch świata zadecyduje, czy padnę, czy jeszcze się odbiję.

  • Autor: Anais Crow

    Po tej nocy w Niemczech, kiedy w jednej chwili znalazłam się na ulicy – boso, naćpana, w samej koszulce wróciłam do Warszawy jak zbity pies. Wsiadłam w pierwszy lepszy autobus, z twarzą przylepioną do szyby, udając, że mnie nie ma. Każdy kilometr oddzielał mnie od tamtej sceny, a jednocześnie wbijał jeszcze głębiej w świadomość, że znowu dałam się upokorzyć.

    Warszawa przywitała mnie tak samo jak zawsze: hałasem, spalinami i obojętnością. Ale tym razem było inaczej. To miasto miało puls, a ja byłam martwa w środku. Zamknęłam się w mieszkaniu i… zniknęłam.

    Dni traciły kształt, zlewały się w jeden szary, lepki sen. Trwałam w tym jak uwięziona w formalinie, bez życia, bez planu, bez nadziei.

    Ale wiosna przyszła mimo wszystko. Promienie słońca wdzierały się przez zasłony, jakby chciały rozciąć tę skorupę, w której tkwiłam. I wtedy, kiedy wydawało się, że nic się już nie wydarzy – zadzwonił On.

    Telefon zadzwonił i w słuchawce rozbłysnął jego śmiech ten sam, który zawsze brzmiał jak wyrok: „Hahaha, Maleńka, żyjesz! Wiedziałem, że sobie poradzisz.” W jednej chwili cały mój świat zbił się w jedno zdanie: byłam jego zabawką. Marionetką. I to nie była żadna nowość tylko fałszywe poczucie, w które uwierzyłam, bo tak wygodniej.

    Rozmowa z nim nie była rozmową. To był rozkaz zapakowany w pieszczotę. A gdzieś pod tym, pod tym cieniem troski, siedziała tylko jedna myśl: ulga. Natychmiast. Potrzeba, która paliła od środka i nie pytała o sens tylko o skuteczność. Rzuciłam wszystko. Telefon, torebkę, resztki godności i ruszyłam po to, co znałam najlepiej.

    Tu włączył się automatyzm, wyćwiczony przez lata: narkomańska sprawność w zdobywaniu towaru. Dla mnie nie było rzeczy niemożliwych nawet z dna piekła wygrzebałam grudę. Pragnienie było komendą, a ja reagowałam. Zawsze spadałam na cztery łapy, sunęłam cicho jak wąż i brałam, co miało mi przynieść ulgę.

    Ta rozmowa była początkiem najdzikszej odysei. Ćpałam, piłam, mieszałam substancje eksperymentowałam z mieszankami, które chwilę wcześniej wydawały się tylko teorią. Czułam chwilową potęgę i natychmiastowy upadek; euforia przechodziła w pustkę, pustka w panikę, panika w kolejną kreskę. Brak równowagi zamienił się w rytuał, a rytuał w codzienność.

    Wszystko to rozgrywało się z prędkością, która nie zostawiała czasu na refleksję. Każdy następny impuls był silniejszy, każda dawka głębsza aż w końcu przestałam liczyć dni. To, co miało dać zapomnienie, dawało tylko kolejne rysy na szkle: pęknięcia, które powiększały się z każdą nocą.

    To był dopiero początek. Degrengolada rozkręcała się jak film, w którym już nie potrafiłam znaleźć wyjścia. Następny akt nie pytał o litość.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij