Łańcuchy pamięci

Sięgnij w przeszłość, by zrozumieć teraźniejszość.

  • Autor: Anais Crow

    Znowu liczyłam. Kroki, piętra, pokoje.

    Pięćdziesiąt dziewięć tyle ich było.

    Każdy z nich jak odbicie mnie samej: pozornie uporządkowany, a w środku zmęczony.

    W każdym coś drgało ślad po czyimś oddechu, niepełne zdanie wypowiedziane w pustkę.

    Gdy zamknęłam za sobą ostatnie drzwi, miałam wrażenie, że zostawiłam tam cząstkę siebie. Może tę, która wciąż jeszcze wierzy, że da się nie czuć.

    Na zewnątrz uderzyło mnie powietrze ciężkie, jesienne, nasiąknięte szarością. Zaciągnęłam się raz. Głęboko. Nie po to, by zapomnieć, lecz by na chwilę przestać czuć.

    Bo są takie dni, gdy człowiek nie pragnie niczego. Ani bliskości, ani szczerości, ani nawet ulgi.

    Chce tylko pustki.

    Ciszy totalnej.

    Jakby wymazanie siebie choć na moment miało być aktem ratunku.

    Nie jestem z tego dumna. Ale może nie o dumę tu chodzi. Może czasem trzeba pozwolić sobie na chwilowe zgaśnięcie, zanim znów zapali się światło.

    Dziś chciałam nie czuć.

    Choć wiem, że to też jest forma ucieczki, przez krótką chwilę było cicho.

    I ta cisza nawet jeśli sztuczna przypomniała mi, jak bardzo pragnę spokoju, który nie będzie ucieczką.

  • Autor: Anais Crow

    Granice to nasz wewnętrzny system obrony.

    Nie zawsze widoczny, ale zawsze aktywny — decyduje, co może wejść do środka, a co powinno pozostać poza nami.

    Bez nich — infekcja. Zbyt szczelne — autoimmunologia.

    Albo tracimy siebie w innych, albo atakujemy własne emocje, próbując się chronić.

    Granice to nie mur, to błona półprzepuszczalna.

    Pozwala na wymianę na bliskość, na zrozumienie ale też umie zamknąć drzwi, gdy ktoś wchodzi z brudnymi butami.

    Nie da się zbudować zdrowej więzi bez świadomości, gdzie kończy się moja odpowiedzialność, a zaczyna czyjaś wolność.

    Granice nie są egoizmem.

    Są dojrzałą formą miłości do siebie tą, która mówi: mogę cię kochać, ale nie mogę pozwolić ci mnie niszczyć.

  • Autor: Anais Crow

    Wrażliwość to nasza powłoka bariera i czujnik jednocześnie.

    Bez niej nie czujemy bólu, ale też nie czujemy dotyku.

    Chroni nas przed światem, a równocześnie pozwala ten świat odbierać.

    To ona drży, gdy ktoś zbliża się za bardzo.

    To ona zapamiętuje ciepło, chłód, uścisk i brak.

    Czasem pragnie dotyku, a czasem boi się go bardziej niż samotności.

    Wrażliwość nie jest słabością to zdolność czucia pełnego spektrum.

    Tych delikatnych różnic pomiędzy „jestem bezpieczna” a „zaraz pęknę”.

    To świadomość, że każde zranienie zostawia ślad, ale też otwiera przestrzeń, przez którą może wejść coś nowego.

    Być wrażliwym to żyć z odkrytą skórą.

    Pozwalać, by świat dotykał i ufać, że nie wszystko, co boli, jest zagrożeniem.

    Bo czasem właśnie ten ból jest dowodem, że wciąż potrafimy czuć.

  • Autor: Anais Crow

    Zimno. Pochmurno. Pada deszcz — jesień w pełni.

    Nienawidzę takiej aury.

    Wracam właśnie z pracy, a jednak… to był dobry dzień. Polubiłam swoją pracę.

    Na zegarku 14:38. Minuty mijają powoli w przeciwieństwie do ludzi wokół. Samochody pędzą, twarze mijają się w pośpiechu.

    Nie chcę za nimi nadążać. Wolę swój rytm.

    W domu czeka On.

    Jestem kochana. Czuję się bezpieczna. Zaopiekowana.

    Uśmiechnięta. Szczęśliwa.

    Tak wygląda spokój, prawda?

    A przynajmniej tak mi się wydaje.

    Możecie powiedzieć: „ma wszystko, czego chciała.”

    Ale ja zapytam: „czego może mi brakować?”

    Czuję niedosyt.

    Czy to pycha się odzywa?

    Czyżby znów przemawiały do mnie kręgi Piekła Dantego?

    Człowiek to zachłanna istota ma wszystko, o co walczył, i wciąż chce więcej.

    A może każdy ma swój limit?

    Moment, po którym wszystko zaczyna się obracać o sto osiemdziesiąt stopni.

    Nie chciałabym znowu wpaść w tarapaty. Tak po prostu.

  • Autor: Anais Crow

    Każdy dzień zaczynałam od poranka. Niby oczywiste, ale dla mnie to był mały cud wstać, naprawdę wstać. Otworzyć oczy, okno, płuca. Wypić kawę, posiedzieć w ciszy, bez lęku, że zaraz znów coś zawalę. Tak zwyczajnie oddychać.

    Z czasem nauczyłam się smakować to, co zwykłe.

    Światło rozlewające się po ścianach, zapach powietrza po deszczu, głosy ludzi za oknem. Małe rzeczy, które wcześniej przegapiała ćpana wersja mnie zapatrzona w dno kieliszka, w lufkę, w nicość.

    Tym razem niczego nie udawałam.

    Zaczęłam tworzyć własny rytuał spokoju: porządkowałam mieszkanie, segregowałam rzeczy, sprzątałam w głowie. Wyrzucałam to, co zbędne, robiłam miejsce na to, co prawdziwe.

    Patrzyłam na swoje życie z dystansu i pierwszy raz nie chciałam uciekać od tego, co widzę.

    Zobaczyłam, co mi dragi dały iluzję pewności siebie, fałszywy błysk, chwilowy spokój. Ale też zobaczyłam, co mi odebrały czas, ludzi, siebie.

    To było jak spojrzenie w lustro po długiej ślepocie.

    Wreszcie widziałam kobietę, która przetrwała. Nie perfekcyjną, nie „naprawioną”, ale świadomą.

    Każdy dzień bez dragów był jak małe zwycięstwo, ale już nie takie, które chciałam obwieścić światu.

    To były ciche wygrane dla mnie, dla mojej córki, dla mojej duszy.

    Nie potrzebowałam już fajerwerków. Wystarczył mi spokój.

    Zrozumiałam, że zdrowienie to nie sprint, a codzienne wstawanie mimo zmęczenia.

    Że każdy „zwykły” dzień to dar.

    I że dopiero w zwyczajności zaczyna się prawdziwa wolność.

    I że tym razem przy mnie jest On.

  • Autor: Anais Crow

    Kiedy przestajesz się kimś ciekawić wszystko umiera powoli, po cichu, bez dramatów.

    Ciekawość to krew więzi. Krąży między dwojgiem ludzi i przypomina, że nawet po tysiącu rozmów można wciąż odkryć coś nowego.

    To nie jest dociekanie, nie jest przesłuchanie.

    To ten moment, kiedy patrzysz na kogoś znanego i nagle dostrzegasz, że inaczej stawia kroki, że w oczach ma coś, czego wcześniej nie było.

    Ciekawość to chęć zobaczenia, kim się staje człowiek, którego już przecież znasz.

    Związek bez ciekawości zamienia się w muzeum piękne wspomnienia, ale kurz na eksponatach.

    Z kolei ciekawość podszyta lękiem staje się kontrolą, a kontrola zabija powietrze.

    Ciekawość potrzebuje przestrzeni.

    Miejsca na niedopowiedzenia, na zmianę, na ciszę.

    Bo człowiek, który kocha, nie chce posiadać chce rozumieć.

    I może właśnie na tym polega dojrzałość: na ciekawości, która nie szuka dowodów, tylko głębi.

    Na pytaniach zadawanych nie po to, by coś udowodnić, ale by być bliżej.

  • Autor: Anais Crow

    Nie da się długo stać prosto, jeśli w środku nie ma kręgosłupa.

    Bezpieczeństwo jest właśnie tym szkieletem relacji, który utrzymuje nas w pionie, gdy świat zaczyna się chwiać.

    Nie chodzi o pewność, że ktoś nie odejdzie.

    Chodzi o spokój, że nawet jeśli tak się stanie nie znikniesz ty sama.

    Prawdziwe bezpieczeństwo nie ma w sobie krzyku ani deklaracji.

    Nie błyszczy, nie uwodzi, nie obiecuje wieczności.

    To cisza, w której możesz się rozluźnić.

    To sposób, w jaki ktoś odkłada kubek, nie trzaskając.

    Jak dotyka twojej dłoni, nie po to, żeby coś dostać, ale żebyś wiedziała, że jesteś.

    Bezpieczeństwo jest jak kościec niewidoczne, a jednak bez niego ciało się rozpada.

    Nie czujesz go, dopóki nie zniknie.

    A gdy zniknie, wszystko boli.

    Niektórzy przez całe życie uczą się ufać w spokój, bo wcześniej znali tylko czujność.

    I właśnie wtedy, gdy nauczysz się oddychać bez lęku, że ktoś zaraz odetnie ci tlen zaczynasz naprawdę żyć.

  • Autor: Anais Crow

    Nie da się oddychać w miejscu, gdzie trzeba stale udowadniać, że się jest wartym powietrza.

    Zaufanie nie rodzi się z przysiąg ani z wielkich gestów. Ono przychodzi cicho wtedy, gdy po raz pierwszy możesz milczeć przy kimś i nie czujesz napięcia w ciele.

    Nie musisz tłumaczyć, nie musisz się bronić.

    Zaufanie jest niewidzialne, ale jego brak widać od razu.

    To drobne spięcia, niepotrzebne tłumaczenia, chwile, kiedy ciało pamięta dawny lęk i reaguje, choć nic złego się nie dzieje.

    Jakbyś wciąż trzymała w sobie powietrze z tamtego dnia, kiedy ktoś kazał ci przestać oddychać.

    Ludzie mylą zaufanie z naiwnością.

    Ale to nie jest ślepa wiara to decyzja, by mimo wszystkiego spróbować zaufać jeszcze raz.

    Nie dlatego, że ktoś na to zasługuje, tylko dlatego, że ty chcesz znów móc żyć pełną piersią.

    Zaufanie to nie luksus.

    To tlen.

    A bez niego wszystko się dusi — nawet to, co piękne.

  • Autor: Anais Crow

    Nie wystarczy się spotkać, żeby się połączyć.

    Bliskość jest impulsem — więź to praca.

    Pierwsza przychodzi jak błysk, druga zostaje, gdy błysk już zgaśnie.

    Zrozumiałam, że miłość nie kończy się tam, gdzie przestajemy się dotykać.

    Ona się dopiero zaczyna, gdy uczymy się trwać przy kimś, nawet wtedy, gdy nie jest wygodnie, pięknie ani łatwo.

    Więź to nie romantyczny obrazek, tylko struktura sieć powiązań, kompromisów, drobnych aktów troski, które codziennie budują nowy kształt nas.

    To zaufanie, które trzeba podlewać.

    Granice, które trzeba znać.

    Ciekawość, której nie wolno zgasić.

    Bezpieczeństwo, które nie jest danym przywilejem, ale wspólnym wysiłkiem.

    Więź nie powstaje z emocji powstaje z obecności.

    Z tych wszystkich „zostań”, które wypowiadamy nawet wtedy, gdy nie mamy już siły.

    I właśnie o tym będzie ten cykl. Na podstawie moich doświadczeń i przemyśleń.

    O mechanice uczuć, które przetrwały namiętność.

    O składnikach, które tworzą relację, zdolną unieść prawdę.

  • Autor: Anais Crow

    Był moim ulubionym człowiekiem. A potem lustrem, w którym zobaczyłam siebie.

    Czasem wystarczy jedna chwila, by uwierzyć, że wszystko może się zmienić. Jedno spojrzenie, które potrafi rozpalić nadzieję tak silną, że zagłusza wszystkie znaki ostrzegawcze.

    Ten wpis jest właśnie o takiej chwili o tym, co zaczęło się jak błysk, a skończyło lekcją, której długo nie potrafiłam przyjąć.

    Nie idealizuję. Nie szukam winnych. Piszę o tym, co było piękne, i o tym, co boleśnie się skończyło.

    Ten wpis poświęcę mojemu ulubionemu człowiekowi.

    Poznaliśmy się na meczu, na Żylecie miejscu, które kocham, które od zawsze było dla mnie czymś więcej niż stadionem. W tłumie ludzi, wśród śpiewów i emocji, nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Nie wiem, czy to był przypadek, czy przeznaczenie, ale od tego momentu wszystko nabrało innego tempa.

    Randki, rozmowy, czułe słowa. Bliskość, jakiej dawno nie czułam. Wpadłam w to z całych sił zachłannie, bez lęku, bez kalkulacji.

    A potem, jak zawsze, gdy zrobiło się zbyt dobrze uciekłam. Zamilkłam. Wycofałam się.

    To mój mechanizm gdy ktoś zbliża się za bardzo, ja zaczynam znikać.

    Ale Wszechświat potrafi przypominać o tym, co żyje.

    Spotkaliśmy się znów w tym samym miejscu, w tym samym chaosie stadionowych emocji. Spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, a ja wiedziałam, że przepadłam. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie.

    Potem były rowery, długie rozmowy i czas pachnący nadzieją.

    Wróciłam. Pozwoliłam sobie znowu czuć.

    Zakochałam się naprawdę bez murów, bez planu awaryjnego.

    Wspólne poranki, kawa, zapach skóry, śmiech. Spacery, wyjazdy, plany na przyszłość. Wtedy wierzyłam, że to coś wyjątkowego. Że znalazłam dom człowieka, przy którym nie muszę niczego udawać.

    Ale życie nie znosi iluzji.

    Za czułością kryły się kłamstwa, za obietnicami zmiany wieczne powtórki starych schematów.

    Za jego „kocham cię” czaił się lęk. Nie o mnie o utratę kontroli, o samotność, o siebie samego.

    Zrozumiałam wtedy, że z nim zawsze będzie ćpanie, zawsze będzie kłamstwo, zawsze destrukcja.

    Że nawet jego uśmiech ma w sobie cień manipulacji.

    I choć był moim ulubionym człowiekiem, musiałam odejść.

    Bo z nim nie było przyszłości.

    Bo on był przeszłością, do której nie chciałam już wracać.

    Potem przyszła cisza.

    Nie pytania o niego ale o mnie.

    Czy naprawdę chciałam zamknąć tę historię bez próby?

    Bez sprawdzenia, czy to uczucie, które kiedyś bolało, nie mogłoby stać się czymś dojrzalszym, spokojniejszym?

    Nie wierzę w drugie szanse. Ale wtedy pomyślałam inaczej.

    Widziałam siebie w jego błędach, siebie w jego upadkach.

    I zapytałam: czy chcę kiedyś żałować, że zabrakło mi odwagi, żeby jeszcze raz spróbować?

    Więc spróbowałam.

    Ostatni raz.

    Nie z naiwności. Nie z tęsknoty.

    Z ciekawości. Z pragnienia zrozumienia.

    I ten „raz” był inny.

    Nie jak powrót do przeszłości, ale jak wejście w nowy rozdział.

    Bez fajerwerków, bez dramatów.

    Z rozmowami, które bolą, ale uczą. Z chwilami ciszy, które nie są końcem, tylko przestrzenią do refleksji.

    Z drobiazgami codzienności, które budują coś większego niż emocje spokój.

    Nie jest idealnie. I nigdy nie będzie.

    Ale jest prawdziwie.

    I w tej prawdzie uczę się siebie.

    Codziennie wybieram nie jego, nie nas. Siebie w tej relacji.

    Uczę się nie uciekać, nie bronić, nie projektować.

    Uczę się po prostu być.

    Nie wiem, co będzie dalej.

    Ale dziś wiem jedno jestem szczęśliwa.

    Nie dlatego, że wszystko się naprawiło.

    Ale dlatego, że wreszcie rozumiem, co to znaczy być żywą.

    Wróciłam, żeby sprawdzić, czy to wciąż o nas. Okazało się, że to o mnie i o tym, że miłość nie zawsze ma nas ocalić, czasem ma nas obnażyć.

  • Autor: Anais Crow

    Nie wiem, kiedy to się stało.

    Nie ma już „ja” i „on”.

    Jest coś pomiędzy niewidzialna nić, która oplata nas w sposób, jakiego nie da się wytłumaczyć.

    Nie chodzi o bycie razem. Chodzi o bycie w sobie nawzajem.

    Jakby każde słowo, każdy oddech, każdy gest był zsynchronizowany z czymś większym niż my.

    Czasem czuję, że jego emocje przechodzą przeze mnie, zanim zdąży je wypowiedzieć.

    Że wiem, kiedy milczy z bezradności, a kiedy z troski.

    Że jego zmęczenie ma mój ciężar, a moje łzy jego smak.

    To dziwne, bo nie tracę siebie.

    Wręcz przeciwnie odnajduję się mocniej niż kiedykolwiek.

    Jakby ta bliskość, zamiast mnie pochłaniać, dawała przestrzeń do oddechu.

    Jakby jego obecność w moim świecie nie była zamknięciem, tylko światłem, które pozwala zobaczyć więcej.

    Granice znikają nie wtedy, gdy ktoś cię pochłonie,

    ale wtedy, gdy pozwolisz mu zobaczyć, że też potrafisz być światłem.

  • Autor: Anais Crow

    Leżałam i patrzyłam w sufit.

    Bez łez, bez ruchu, bez emocji.

    Pustka miała w sobie dziwną gęstość, jakby powietrze stało się cięższe, jakby cały świat zwolnił tylko po to, żebym w końcu mogła usłyszeć siebie.

    Nie było już „jutra”.

    Było tylko „teraz” brutalne, nieupiększone, zimne jak stal.

    I w tym „teraz” zrozumiałam jedno: mam wybór.

    Zawsze miałam.

    Po prostu wolałam udawać, że go nie mam, bo łatwiej było zrzucić winę na wszystko wokół niż spojrzeć sobie w oczy.

    Nie chcę już więcej umierać za życia.

    Nie chcę się budzić w nienawiści do siebie.

    Nie chcę znów tłumaczyć sobie, że to ostatni raz.

    Chcę żyć.

    Bez wspomagaczy, bez wymówek, bez fałszu.

    Nie obiecuję sobie cudów.

    Nie składam przysiąg, bo wiem, że życie bywa złośliwe. Ja dla siebie bywam złośliwa.

    Ale dziś w tej jednej, małej chwili znowu wiem, co tracę.

    I wiem, że więcej tego nie udźwignę…

    A może znów się po prostu mylę..?

  • Autor: Anais Crow

    Oddanie nie jest słabością.

    To odwaga — powiedzieć: zostaję, mimo że mogłabym odejść.

    To nie utrata siebie, tylko świadome podzielenie przestrzeni tej wewnętrznej, tej, którą zwykle chronię najbardziej.

    Przy nim nie boję się utracić kontroli.

    Bo wiem, że jej nie wykorzysta.

    Że jeśli się na nim oprę, nie stanie się ciężarem, tylko podporą.

    Nie walczę z nim, nie udowadniam po prostu jestem.

    I to „bycie” ma w sobie więcej mocy niż jakiekolwiek deklaracje.

    Oddanie nie ma nic wspólnego z uległością.

    To akt zaufania, w którym serce mówi: nie muszę się bronić.

    I w tym właśnie jest siła w rezygnacji z tarczy, gdy już wiesz, że nikt nie będzie celował.

  • Autor: Anais Crow

    Zaćpania mają to do siebie, że potrafią otworzyć oczy tylko nie w ten sposób, w jaki człowiek by chciał.

    To nie są już te wizje sprzed lat, ten „magiczny haj”, lekkość bytu i złudne poczucie wolności.

    Terapia zabrała mi komfort ćpania. Rozebrała cały mechanizm na części, rozbroiła iluzję.

    I teraz, gdy biorę, nie czuję już euforii.

    Czuję wstyd.

    Czuję winę.

    Czuję, że każda kreska jest ciosem wymierzonym we mnie.

    Nie ma już ulgi. Jest spięcie, nerwowość, ciągła czujność.

    Myśl, że wszyscy widzą. Że po mnie widać.

    Że moje ciało mnie zdradza.

    Że każdy gest, każde spojrzenie jest lustrem, w którym odbija się prawda, której tak bardzo chciałabym uniknąć.

    I to wystarcza, żeby bolało psychicznie.

    Ale ja jakby tego było mało dokładam do tego ból fizyczny.

    Maltretuję swoje ciało.

    Zadaję mu cierpienie w ramach pokuty, jakby każdy ślad, każde ukłucie mogło odkupić to, co zrobiłam.

    Jakbym mogła krwią spłukać wstyd z własnej skóry.

    I tak toczy się to błędne koło.

    Ciągle od nowa.

    Wchodzę w nie świadomie, jakbym sama była katem i ofiarą jednocześnie.

    Zastanawiam się, ile jeszcze muszę zobaczyć, ile razy się przewrócić, ile razy umrzeć kawałek po kawałku, żeby w końcu zrozumieć.

    Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby już nigdy więcej nie sięgnąć po ten cholerny narkotyk?

  • Autor: Anais Crow

    Zaufanie to najtrudniejsza forma nagości.

    Nie tej z ciała, ale tej z duszy.

    To pozwolenie, by ktoś zajrzał w miejsca, których nie pokazujesz nikomu.

    By dotknął ran, które od lat chowasz pod śmiechem, pewnością, dystansem.

    Z nim uczę się tego powoli.

    Nie poprzez słowa, ale przez małe gesty sposób, w jaki mnie słucha, gdy milczę, albo to, że nie zadaje pytań, gdy widzi, że walczę ze sobą.

    Nie wchodzi z butami w moje cienie. Po prostu przy nich siedzi.

    I to wystarcza.

    Zaufanie nie przyszło od razu.

    Najpierw je zawiódł, zniszczył, okłamał.

    Nie było łatwo musiałam pozwolić, by ktoś zobaczył mnie w rozsypce i nie uciekł.

    On nie uciekł.

    Został. Naprawia.

    A ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że można oprzeć się o drugiego człowieka, nie ryzykując upadku.

  • Autor: Anais Crow

    Znowu uciekłam.

    Nie przed światem, nie przed ludźmi przed sobą.

    To najtrudniejsza ucieczka, bo gdziekolwiek się nie pójdzie, siebie zabiera się ze sobą.

    Zmęczyło mnie to wszystko rzeczywistość, codzienność, ta nieznośna świadomość, że można być tak blisko światła, a i tak znowu wybrać ciemność.

    Nie było w tym impulsu ani szaleństwa.

    To było zmęczenie, rezygnacja, poddanie.

    To pęknięcie, które narastało miesiącami, w końcu rozsadziło wszystko, co zbudowałam.

    Znowu runęłam.

    Z mojej decyzji, mojego wyboru.

    Nie mogę zrzucić winy na nikogo i nic.

    Zrobiłam to sama, tak jak zawsze metodycznie, konsekwentnie, wbrew rozsądkowi.

    Wszystkie wnioski, które wypracowałam przez te miesiące, wszystkie lekcje, przemyślenia w jednej chwili przestały mieć znaczenie.

    Nie zrezygnowałam z dragów.

    Zrezygnowałam z siebie.

    Z tej wersji mnie, która chciała żyć, walczyć, czuć.

    Z tej, która potrafiła spojrzeć w lustro bez wstydu.

    Pozwoliłam, żeby przekroczono moją granicę ale to ja ją rozmyłam, rozpuściłam jak atrament w wodzie.

    Zanieczyściłam swój umysł, swoje ciało, duszę.

    Może naprawdę jeszcze za mało widziałam, może za mało bolało, żeby nauczyło.

    A może po prostu chciałam na chwilę nie czuć niczego.

    Nie poczułam nic.

    Ani ulgi, ani ekstazy, ani zapomnienia.

    Tylko pustkę głębszą niż kiedykolwiek wcześniej.

    Taką, która wciąga jak bagno i odbija w sobie jedynie twarz, której nie chcę już znać.

    A teraz zbieram skutki tej pustki.

    Fizyczne.

    Realne.

    Bolesne.

    Każdy ból, każda łza, każdy spazm ciała to rachunek, który wystawiłam samej sobie.

    I wiem, że muszę go spłacić do ostatniego oddechu.

  • Autor: Anais Crow

    Nie każda cisza jest pustką.

    Nasza nie jest.

    W niej słychać wszystko oddechy, myśli, niedopowiedziane słowa.

    Milczymy, a jednak rozmawiamy. W rytmie tła, w dźwiękach miasta, w uderzeniach serca, które stają się wspólnym metronomem.

    Czasem patrzymy w przeciwnych kierunkach, a ja czuję, jak ta cisza gęstnieje między nami.

    Nie jest niezręczna. Jest bezpieczna.

    Jakbyśmy umieli słuchać siebie bez potrzeby mówienia.

    To właśnie w tym milczeniu najczęściej czuję, że jestem kochana.

    Nie wtedy, gdy słyszę słowa, ale wtedy, gdy one okazują się zbędne.

    Bo on nie musi mówić, że zostanie ja to wiem.

    Nie musi dotykać, bym czuła, że jest blisko.

    To cisza nas zbliża, a nie rozmowa.

  • Autor: Anais Crow

    Są spojrzenia, które nie pytają o pozwolenie.

    Po prostu wchodzą w człowieka cicho, pewnie, jakby od zawsze znały drogę.

    Jego wzrok potrafi mnie rozebrać do samej prawdy.

    Nie tej fizycznej, ale tej ukrytej z lękami, wstydem, niedoskonałościami.

    A mimo to nie czuję się naga, tylko widziana.

    To trudne do opisania ten moment, kiedy czuję, że nie muszę nic udawać.

    Nie muszę grać silnej, spokojnej, idealnej.

    W jego oczach mogę być sobą z każdym drgnięciem duszy, z każdym oddechem, który zdradza, że żyję naprawdę.

    Może dlatego tak trudno się potem odwrócić.

    Bo jak raz spojrzysz w oczy, które widzą cię całą,

    to każde inne spojrzenie wydaje się puste.

  • Autor: Anais Crow

    To dziwne uczucie być wciąż sobą, a jednak czuć, że ktoś inny oddycha razem ze mną.

    Jakby jego obecność wplotła się w rytm mojego dnia, w sposób, w jaki stawiam kroki, w ciszę, którą zostawia po sobie, gdy milknie.

    Nie chodzi o fizyczność.

    To coś, co dzieje się pomiędzy gestami, spojrzeniami, niedopowiedzeniami.

    Jakby nasze emocje nauczyły się siebie nawzajem rozpoznają się szybciej niż my sami.

    Czasem czuję jego dotyk, zanim mnie dotknie.

    Wystarczy, że spojrzy, a moje ciało już wie, co ma zrobić jakby znało jego intencję wcześniej niż on sam.

    To obecność, która nie potrzebuje słów.

    Zamknięta w spojrzeniu, w oddechu, w chwilach, gdy świat zwalnia i zostaje tylko my.

    I może właśnie o to chodzi w prawdziwej bliskości nie o to, by się posiadać, ale by się przeniknąć.

  • Autor: Anais Crow

    Niektóre zapachy nie przemijają.

    Wystarczy jeden powiew powietrza, ktoś o podobnych perfumach, przypadkowy ruch przechodnia i nagle wszystko wraca.

    Nie w głowie, ale w ciele.

    Ciało pamięta pierwsze wdechy, te bezwiedne, niekontrolowane, kiedy chciałam wchłonąć każdy jego oddech, jakby był tlenem, którego zabraknie, jeśli się zatrzymam.

    Nie da się uciec od zapachu, który kiedyś był domem.

    Bo zapach to wspomnienie w najczystszej postaci nie potrzebuje obrazu, dźwięku ani słowa.

    On po prostu jest, jak echo dawnej bliskości.

    Wchodzi pod skórę, zostaje w pościeli, w ubraniach, w myślach.

    I czasem wraca w najmniej oczekiwanym momencie wtedy, gdy wydaje się, że już nic nie zostało.

    To dziwne, jak łatwo człowiek może zatęsknić przez coś tak ulotnego.

    Jakby ciało miało własną pamięć niezależną od rozsądku, od czasu, od decyzji.

    Pamięć, która nie zapomina, bo nie chce.

    Bo może nie wszystko, co odeszło, naprawdę odeszło.

    Wdycham powietrze i czuję, że to już nie on,

    ale przez sekundę wszystko się myli świat pachnie nim, chociaż wiem, że to tylko gra wspomnień.

    Niektóre zapachy są jak blizny nie bolą, ale przypominają.

    Że coś kiedyś było prawdziwe.

    Że czułam.

    Że byłam.

  • Autor: Anais Crow

    Powrót do Warszawy był jak zderzenie z betonem.

    Jeszcze w uszach szumiało morze, jeszcze skóra pachniała słońcem, a tu już – szarość bloków, kurz, i ten znajomy ciężar powietrza, którego nie da się wdychać lekko.

    Walizki leżały nierozpakowane, jakby same nie chciały wracać do tej codzienności.

    Próbowałam utrzymać w sobie tę wakacyjną lekkość, spokój, ale on ulatniał się jak para z czajnika.

    Z każdym dniem coraz mniej Turcji, coraz więcej mnie sprzed wyjazdu.

    Początkowo było dobrze rytm dnia, porządek, zajęcia, spotkania z córką.

    Ale w tle już pulsowało coś niepokojącego.

    Pojawiały się stare emocje, znajome cienie, te które zawsze wracają, gdy zaczyna się dziać „zbyt dobrze”.

    Zaczęłam czuć głody.

    Takie podstępne, ciche, które nie mają zapachu ani dźwięku, ale nagle są w każdej myśli.

    Środowisko jak echo przeszłości znowu zaczęło się odzywać.

    Stare numery w telefonie, przypadkowe wiadomości, niby nic, a jednak wszystko.

    Jakby los chciał sprawdzić, czy naprawdę nauczyłam się mówić „nie”.

    A ja, choć miałam już za sobą miesiące terapii i trzeźwości, czułam, że coś się rozszczelnia.

    Jakby drobna rysa pojawiła się na gładkiej tafli mojego spokoju.

    Nikt nie zauważyłby tego z zewnątrz.

    Uśmiechałam się, chodziłam na spacery, rozmawiałam, planowałam.

    Ale w środku czułam ten znajomy ciężar to powolne zsuwanie się w dół.

  • Autor: Anais Crow

    Czerwiec przeszedł w lipiec niepostrzeżenie, jakby ktoś rozpuścił czas w gorącym powietrzu.

    Wszystko zwolniło.

    Warszawa została za mną beton, przystanki, ośrodek, terapia, przemyślenia.

    Zamieniłam to na zapach świeżo skoszonej trawy, skrzypienie desek na ganku i dźwięk świerszczy o zmroku.

    Na wsi czas miał inny rytm.

    Nie gonił, nie popychał, po prostu był.

    A ja pierwszy raz od dawna też byłam.

    Olga biegała boso po ogrodzie, śmiała się z byle czego.

    Patrzyłam na nią i myślałam, że może właśnie o to chodzi o takie chwile, które nie wymagają terapii, słów, analiz.

    Wystarczy patrzeć, jak dziecko się śmieje, a serce samo przypomina sobie, jak się bije w rytmie życia.

    A potem przyszły wakacje w Turcji.

    Cztery bilety ja, mama, córka i mój przybrany brat.

    Rodzinny wyjazd, jakiego nie było od lat.

    Bez pośpiechu, bez napięcia, z dala od wszystkiego i wszystkich.

    Słońce jak płynne złoto, morze tak ciepłe, że można było w nim zapomnieć o całym świecie.

    Wschody słońca nad plażą, zapach soli, długie rozmowy z mamą, śmiech dziecka i ten błogi spokój, który udawał trwałość.

    Przez chwilę uwierzyłam, że to już ten moment.

    Że to właśnie tak miało wyglądać moje życie po wszystkim.

    Normalne, ciche, proste.

    Jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło.

    Nie wiedziałam jeszcze, że to tylko cisza przed kolejnym trzęsieniem ziemi.

  • Autor: Anais Crow

    To nie było jedno wielkie „bum”.

    Nie żaden spektakularny upadek jak w filmach.

    To było ciche pękanie tu rysa, tam zgrzyt, aż wszystko się rozeszło jak stara tkanina.

    Wróciły głody. Takie, które udają, że są tylko chwilą słabości.

    Że przecież nic się nie stanie, raz można, kontrola jest, to nie to samo co kiedyś.

    Znasz ten szept?

    Ja znałam aż za dobrze.

    Pamiętam ten dzień.

    Ciepły, zwyczajny, bez żadnego dramatu w tle.

    Siedziałam w kuchni, słońce prażyło, kot spał na parapecie, a ja myślałam, że przecież wszystko mam pod kontrolą.

    I wtedy zrobiłam ten jeden, idiotyczny krok.

    Tylko raz.

    Tylko żeby sprawdzić, czy to jeszcze działa.

    Zadziałało.

    A wraz z tym wróciło wszystko:

    ten błysk w oczach, adrenalina, ucieczka przed sobą samą,

    a potem wstyd, obrzydzenie, rozpacz.

    Jakby ktoś znowu pociągnął mnie w dół za włosy.

    Nie było krzyków, nie było łez.

    Było milczenie.

    Milczenie, w którym słychać było tylko jedno zdanie:

    „Zawiodłaś.”

    Sama siebie zawiodłam.

    I to bolało bardziej niż jakikolwiek upadek wcześniej.

    Bo tym razem wiedziałam, co tracę.

    Wiedziałam, ile kosztuje każdy gram złudzenia.

    Znowu się zamknęłam.

    Nie odzywałam się do nikogo.

    Nie chciałam, żeby ktoś widział, że znów jestem tą samą dziewczyną co kiedyś z oczami pustymi jak po burzy.

    Ale w tym wszystkim było też coś innego niż dawniej.

    Nie nienawiść do siebie.

    Nie potrzeba ucieczki.

    Tylko świadomość.

    Że właśnie to jest mój moment prawdy.

    Że tym razem już nie mogę uciec muszę stanąć twarzą w twarz z demonem, którego sama wykarmiłam.

  • Autor: Anais Crow

    Nie zawsze trzeba mówić, żeby wszystko było powiedziane.

    Są takie chwile, gdy cisza staje się językiem samym w sobie pełnym sensów, napięć i niewypowiedzianych słów, które wiszą między nami jak ciężkie powietrze po burzy.

    Nie boję się tej ciszy.

    Kiedyś mnie przerażała, bo milczenie kojarzyło mi się z końcem, z obojętnością, z odrzuceniem.

    Dziś wiem, że cisza może być najczystszą formą obecności.

    Że czasem wystarczy spojrzenie, jeden gest, ruch dłoni po włosach i wszystko jest jasne.

    On nie musi nic mówić. Ja też nie.

    W tym milczeniu jest coś prawdziwszego niż tysiąc słów.

    Jakby każde z nas oddychało w rytmie drugiego, jakbyśmy na chwilę wymknęli się z rzeczywistości i zostali tylko my bez historii, bez masek, bez przeszłości.

    W ciszy nie ma udawania. Nie da się w niej kłamać.

    Cisza obnaża ale łagodnie, jak dotyk, który nie potrzebuje aprobaty. W niej widać wszystko: tęsknotę, niepewność, pragnienie, nawet strach.

    Ale też coś więcej zgodę na to, że to wszystko może współistnieć. Kiedy siedzimy obok siebie, nie zawsze się dotykamy.

    Czasem wystarczy, że jego dłoń leży blisko mojej, a ta przestrzeń między nami tętni tak głośno, że aż słychać nasze myśli.

    To nie jest cisza pusta. To cisza pełna znaczeń.

    I wtedy rozumiem, że prawdziwa bliskość nie polega na tym, żeby mówić o wszystkim.

    Czasem wystarczy po prostu być z kimś, kto czuje to samo, ale nie musi tego nazywać.

  • Autor: Anais Crow

    *Dedykuję ten wpis mojemu znajomemu*

    Ten wpis powstał z inspiracji rolką Czerwonego i odpowiedzią mojego znajomego, który napisał:

    „Czysta prawda, ale bez tej iskierki z drugiej strony, mężczyźnie też się odechciewa. Można kogoś kochać, ale jeżeli jednego dnia dostajesz milion wiadomości mówiących, że jej zależy na Tobie, a przez kolejne nie odpowiada i nie ma czasu. To sorry. Jeżeli chcesz, to masz czas zawsze. Wtedy właśnie odechciewa się czynów, a potem: ‘że się nie odzywałeś, nie przyjechałeś’, tylko pisałeś, co byś nie zrobił i gdzie byś mnie nie zabrał…”

    I coś w tym jest.

    Nie zawsze chodzi o słowa.

    Czasem chodzi o to, że ktoś był, a potem przestaje być.

    Nie dlatego, że już nie chce.

    Ale dlatego, że w pewnym momencie zabrakło tej iskry z drugiej strony tej drobnej, niewidocznej dla świata energii, która mówi: „hej, ja też czuję.”

    Bo można mówić, że się kocha, że się tęskni, że się czeka.

    Można nawet pisać setki wiadomości, a potem… zniknąć.

    Zalać ciszą, tłumaczeniami, że „nie miałam czasu”, „miałam gorszy dzień”, „potrzebowałam przestrzeni.”

    Tylko że ta przestrzeń, kiedyś pełna czułości, zaczyna chłonąć obojętność.

    A mężczyzna — choć silny, choć cierpliwy — też się wypala.

    Bo jeśli jednego dnia dostaje milion sygnałów, że jest ważny,

    a przez kolejne trzy słyszy tylko echo własnych myśli,

    to nawet największe serce w końcu się zamyka.

    I wtedy już nie chodzi o to, że nie przyjechał, nie napisał, nie zadzwonił.

    Chodzi o to, że przestał wierzyć, że warto.

    Bo czyny nie rodzą się z pustki.

    Czyny karmią się wzajemnością.

    A jeśli jej nie ma to nie zostaje nic.

    „Nie każdemu brakuje odwagi, żeby kochać. Czasem po prostu brakuje kogo.

    🌟 Dziękuję Ci Ł., że dostarczasz mi tylu inspiracji do refleksji nad soba, relacjami i życiem.

  • Autor: Anais Crow

    Najpierw był niepokój.

    Taki cichy, podszyty niewidzialnym drżeniem, jak wtedy, gdy powietrze gęstnieje przed uderzeniem pioruna.

    Wszystko niby było w porządku miałam dach nad głową, plan na wyjazd, uśmiech na zdjęciach.

    Ale coś w środku zgrzytało.

    Niepokój szeptał: „To za spokojnie, za dobrze, zaraz coś się posypie.” Zaczęły się problemy z pracą najpierw brak ofert, potem brak odpowiedzi. Każdy dzień bez celu ciążył coraz bardziej. W portfelu coraz mniej, w głowie coraz więcej myśli, które nie chciały ucichnąć. A wraz z nimi znajome głody. Nie takie fizyczne, nie o to chodziło. To był głód ulgi, ciszy w głowie, tego jednego momentu, gdy nie boli nic.

    Z dawnych znajomości zostało tylko kilka numerów w telefonie. Wystarczyło jedno przesunięcie palcem po ekranie.

    Jedna wiadomość. I już wiedziałam, że nie walczę że ta walka znowu mnie przerasta.

    Powietrze przed burzą gęstniało, ja też gęstniałam od emocji.

    Kłamałam, że wszystko dobrze. A wewnątrz?

    Wewnętrznie już pękałam. To był ten moment, w którym zrozumiałam, że burze nie odchodzą.

    One tylko czekają, aż znowu zostawisz uchylone drzwi.

  • Autor: Anais Crow

    Po powrocie znad morza wszystko wydawało się takie proste. Było lato, ciepłe powietrze pachniało obietnicą spokoju, a ja przez chwilę uwierzyłam, że naprawdę zaczynam żyć po nowemu.

    Jeszcze na koncie coś zostało z zasiłku rehabilitacyjnego, w głowie snuły się plany na wakacje z Olgą w Turcji miałam cel, miałam sens.

    Dni mijały lekko, bez pośpiechu.

    Chodziłam na spacery, patrzyłam w niebo, piłam poranną kawę z poczuciem, że może wreszcie świat przestaje mnie gonić.

    Wokół byli ludzie, rozmowy, śmiech niby normalność.

    Ale gdzieś w środku, pod tą spokojną taflą, wciąż coś drgało.

    To było jak pęknięcie w szybie ledwo widoczne, a jednak z każdym dniem coraz głębsze. Głody czaiły się z tyłu głowy, środowisko nie zniknęło, rachunki zaczynały przypominać o sobie, a ja, zamiast stanąć i przyznać się do strachu, udawałam, że go nie widzę. Wtedy jeszcze myślałam, że to tylko chwilowe. Że tym razem nie runę.

    Nie wiedziałam, że to dopiero początek, że cisza, w której tak się rozkochałam, była tylko wstępem do burzy.

  • Autor: Anais Crow

    Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło. Niby wszystko było jak należy spokój, stabilizacja, rutyna. Ale w środku zaczynało się kotłować. Jakby ktoś znowu zdrapywał ze mnie świeżo położoną farbę i spod spodu wychodziło to, co dobrze znałam szarość, mrok i pustka.

    Zaczęły wracać stare emocje, te, o których myślałam, że zostawiłam je na sali terapeutycznej. Strach, gniew, lęk przed porażką.

    Czułam, że znowu coś mnie przygniata, ale tym razem bez konkretnego powodu. Po prostu ciężar istnienia.

    Do tego doszła proza życia.

    Szukanie pracy bez skutku. Wysłane CV milczały. Z każdą kolejną odmową rosła frustracja.

    Portfel coraz chudszy, rachunki coraz bardziej bezlitosne. Czasem siedziałam i liczyłam pieniądze, jakby od tego miały się magicznie rozmnożyć.

    Śmieszne, nie? Kiedyś miałam wszystko towar, towarzystwo, pozory. A teraz miałam trzeźwość i rachunki do zapłacenia.

    I wtedy zaczęły się głody.

    Nie te fizyczne, tylko emocjonalne.

    Głód ulgi. Głód zapomnienia. Głód tej znajomej pustki, w której nic nie boli.

    Każdy spacer po mieście był jak test. Warszawa pachniała wspomnieniami klatkami, klubami, ludźmi, których już nie ma. Środowisko gdzieś się tliło na obrzeżach mojej świadomości, a ja udawałam, że tego nie czuję.

    Ale czułam.

    I to coraz mocniej.

    To był właśnie ten moment, kiedy pod powierzchnią zaczęło drżeć naprawdę. Jeszcze nic się nie zawaliło, ale już wiedziałam, że coś nadchodzi.

    Nie wiedziałam tylko, czy to będzie upadek, czy kolejna lekcja.

  • Autor: Anais Crow

    Ten cykl nie będzie o miłości.

    Nie o tej z filmów, nie o tej „na zawsze”, nie o tej, którą się chwali.

    Będzie o bliskości tej prawdziwej, czasem pięknej, czasem niewygodnej.

    O dotyku, który zostaje w pamięci dłużej niż słowa.

    O emocjach, które potrafią drżeć pod skórą, nawet gdy dawno już powinny ucichnąć.

    To opowieść o tym, jak ciała i dusze rozmawiają ze sobą w ciszy.

    Jak tęsknią, jak się boją, jak pragną i jak próbują nie zapomnieć.

    Nie znajdziesz tu lukru. Znajdziesz prawdę czasem gorzką, czasem tkliwą, zawsze żywą.

    Jeśli kiedykolwiek czułaś lub czułeś, że bliskość może jednocześnie leczyć i ranić, że miłość to nie bajka, tylko stan duszy, który trzeba przetrwać — to ta seria jest właśnie dla Ciebie.

  • Autor: Anais Crow

    Bliskość nie zaczyna się od dotyku.

    Zaczyna się dużo wcześniej w spojrzeniu, w oddechu, w tej jednej sekundzie, w której serce reaguje szybciej, niż zdąży pomyśleć głowa.

    To nie jest uczucie dla słabych.

    Bo prawdziwa bliskość rozbiera nie z ubrań, tylko z mechanizmów obronnych. Obnaża wszystko, co próbujemy ukryć przed światem.

    To spotkanie dwóch historii, które niosą ze sobą ból, wspomnienia i pragnienie, żeby ktoś wreszcie zobaczył nas takimi, jakimi jesteśmy.

    Bliskość ma różne twarze.

    Czasem pachnie spokojem, czasem lękiem.

    Bywa, że leczy. Bywa też, że zostawia blizny.

    Ale zawsze jest prawdziwa.

    Nie interesują mnie bajki o idealnych parach.

    Interesuje mnie to, co dzieje się między ludźmi, gdy opadają słowa, a zostaje tylko oddech. Gdy ciało staje się alfabetem emocji.

    Kiedy „być razem” znaczy coś więcej niż „być obok”.

    To jest moja anatomia bliskości.

    Rozpisana na dotykach, ciszy, wspomnieniach i niedopowiedzeniach.

    Bo czasem najbardziej intymne rzeczy dzieją się wtedy, gdy nikt nie patrzy a wszystko w nas milczy i jednocześnie krzyczy.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij