Autor: Anais Crow
Był moim ulubionym człowiekiem. A potem lustrem, w którym zobaczyłam siebie.
Czasem wystarczy jedna chwila, by uwierzyć, że wszystko może się zmienić. Jedno spojrzenie, które potrafi rozpalić nadzieję tak silną, że zagłusza wszystkie znaki ostrzegawcze.
Ten wpis jest właśnie o takiej chwili o tym, co zaczęło się jak błysk, a skończyło lekcją, której długo nie potrafiłam przyjąć.
Nie idealizuję. Nie szukam winnych. Piszę o tym, co było piękne, i o tym, co boleśnie się skończyło.
Ten wpis poświęcę mojemu ulubionemu człowiekowi.
Poznaliśmy się na meczu, na Żylecie miejscu, które kocham, które od zawsze było dla mnie czymś więcej niż stadionem. W tłumie ludzi, wśród śpiewów i emocji, nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Nie wiem, czy to był przypadek, czy przeznaczenie, ale od tego momentu wszystko nabrało innego tempa.
Randki, rozmowy, czułe słowa. Bliskość, jakiej dawno nie czułam. Wpadłam w to z całych sił zachłannie, bez lęku, bez kalkulacji.
A potem, jak zawsze, gdy zrobiło się zbyt dobrze uciekłam. Zamilkłam. Wycofałam się.
To mój mechanizm gdy ktoś zbliża się za bardzo, ja zaczynam znikać.
Ale Wszechświat potrafi przypominać o tym, co żyje.
Spotkaliśmy się znów w tym samym miejscu, w tym samym chaosie stadionowych emocji. Spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, a ja wiedziałam, że przepadłam. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie.
Potem były rowery, długie rozmowy i czas pachnący nadzieją.
Wróciłam. Pozwoliłam sobie znowu czuć.
Zakochałam się naprawdę bez murów, bez planu awaryjnego.
Wspólne poranki, kawa, zapach skóry, śmiech. Spacery, wyjazdy, plany na przyszłość. Wtedy wierzyłam, że to coś wyjątkowego. Że znalazłam dom człowieka, przy którym nie muszę niczego udawać.
Ale życie nie znosi iluzji.
Za czułością kryły się kłamstwa, za obietnicami zmiany wieczne powtórki starych schematów.
Za jego „kocham cię” czaił się lęk. Nie o mnie o utratę kontroli, o samotność, o siebie samego.
Zrozumiałam wtedy, że z nim zawsze będzie ćpanie, zawsze będzie kłamstwo, zawsze destrukcja.
Że nawet jego uśmiech ma w sobie cień manipulacji.
I choć był moim ulubionym człowiekiem, musiałam odejść.
Bo z nim nie było przyszłości.
Bo on był przeszłością, do której nie chciałam już wracać.
Potem przyszła cisza.
Nie pytania o niego ale o mnie.
Czy naprawdę chciałam zamknąć tę historię bez próby?
Bez sprawdzenia, czy to uczucie, które kiedyś bolało, nie mogłoby stać się czymś dojrzalszym, spokojniejszym?
Nie wierzę w drugie szanse. Ale wtedy pomyślałam inaczej.
Widziałam siebie w jego błędach, siebie w jego upadkach.
I zapytałam: czy chcę kiedyś żałować, że zabrakło mi odwagi, żeby jeszcze raz spróbować?
Więc spróbowałam.
Ostatni raz.
Nie z naiwności. Nie z tęsknoty.
Z ciekawości. Z pragnienia zrozumienia.
I ten „raz” był inny.
Nie jak powrót do przeszłości, ale jak wejście w nowy rozdział.
Bez fajerwerków, bez dramatów.
Z rozmowami, które bolą, ale uczą. Z chwilami ciszy, które nie są końcem, tylko przestrzenią do refleksji.
Z drobiazgami codzienności, które budują coś większego niż emocje spokój.
Nie jest idealnie. I nigdy nie będzie.
Ale jest prawdziwie.
I w tej prawdzie uczę się siebie.
Codziennie wybieram nie jego, nie nas. Siebie w tej relacji.
Uczę się nie uciekać, nie bronić, nie projektować.
Uczę się po prostu być.
Nie wiem, co będzie dalej.
Ale dziś wiem jedno jestem szczęśliwa.
Nie dlatego, że wszystko się naprawiło.
Ale dlatego, że wreszcie rozumiem, co to znaczy być żywą.
Wróciłam, żeby sprawdzić, czy to wciąż o nas. Okazało się, że to o mnie i o tym, że miłość nie zawsze ma nas ocalić, czasem ma nas obnażyć.