Autor: Anais Crow
Bliskość trzeźwieje wolniej niż ciało.
Ona też musi się odzwyczaić od iluzji od spektaklu, od udawanej namiętności, od dotyku, który był bardziej transakcją niż spotkaniem.
A potem przychodzi ten moment, w którym ktoś kładzie dłoń na Twojej skórze…
i nic spektakularnego się nie dzieje.
Nie spadają gwiazdy. Nie ma euforii.
Jest ciepło. I spokój.
I właśnie to przeraża najbardziej.
Bo czułość na trzeźwo jest tak cholernie prawdziwa, że nie da się jej przykryć żadnym hałasem.
Niczego nie podkręca. Niczego nie fałszuje.
Jest miękka, delikatna, a przez to obnaża dosłownie wszystko.
Z czasem uczysz się, że bliskość nie musi prowadzić do seksu.
Że nie jest zadaniem, performansem, kolejnym potwierdzeniem własnej wartości.
Może być westchnieniem między słowami.
Przesunięciem dłoni po plecach.
Oddechem w okolicy szyi.
Albo milczeniem, w którym nagle nie jesteś sama.
Odkrywasz, że pożądanie nie musi niszczyć, spalać, wypłukiwać z sił.
Może być formą obecności świadomej, czułej, uziemiającej.
Może być jak dotyk na ranie, który niczego nie pogarsza tylko przypomina, że gojenie też jest procesem.
I może pierwszy raz w życiu bliskość nie jest ucieczką.
Jest powrotem.


Dodaj komentarz