Autor: Anais Crow
Najpierw boli ciało.
Nie dlatego, że brakuje substancji tylko dlatego, że brakuje intensywności.
Czujesz, jakby ktoś odciął ci prąd. Jakbyś oddychała w próżni.
Nie ma ognia, nie ma błysku, nie ma nic.
Ciało pamięta każdą eksplozję dopaminy, każdą falę rozkoszy, każdy skurcz, który wydawał się sensem istnienia.
Teraz nie ma tego niczego.
I to właśnie boli najbardziej.
Zmysły wariują.
Skóra staje się obca, dotyk zbyt suchy, zbyt prawdziwy.
Pożądanie nie przychodzi, a jeśli już, to bez koloru.
Nie ma tej drgającej magii, tej chorej intensywności, która zamieniała cię w ogień.
To, co kiedyś było życiem, teraz jest ciszą po burzy.
Ale w tej ciszy zaczyna się coś innego.
Nie ekstaza, nie szał tylko powolny powrót czucia.
Prawdziwego, nie chemicznego.
Ciało zaczyna uczyć się dotyku od nowa, jakby było dzieckiem.
Nie ufa mu, bo kiedyś dotyk był przemocą, a rozkosz karą.
Teraz musi rozpoznać różnicę.
Głód nie znika.
Tylko zmienia kształt.
Już nie jest krzykiem, a szeptem: „żyj”.
Bez chemii, bez sztucznego ognia, bez iluzji.
Zwyczajnie.
Z bólem, ale prawdziwie.
Bo ostatecznie uzależnieni byliśmy nie od narkotyków.
Tylko od poczucia, że coś w końcu nas porusza.
Że coś daje sens.
A prawda jest taka, że sens nigdy nie był w chemii.
Był w tym, że wciąż potrafimy czuć nawet jeśli teraz boli.


Dodaj komentarz