Autor: Anais Crow
Znowu uciekłam.
Nie przed światem, nie przed ludźmi przed sobą.
To najtrudniejsza ucieczka, bo gdziekolwiek się nie pójdzie, siebie zabiera się ze sobą.
Zmęczyło mnie to wszystko rzeczywistość, codzienność, ta nieznośna świadomość, że można być tak blisko światła, a i tak znowu wybrać ciemność.
Nie było w tym impulsu ani szaleństwa.
To było zmęczenie, rezygnacja, poddanie.
To pęknięcie, które narastało miesiącami, w końcu rozsadziło wszystko, co zbudowałam.
Znowu runęłam.
Z mojej decyzji, mojego wyboru.
Nie mogę zrzucić winy na nikogo i nic.
Zrobiłam to sama, tak jak zawsze metodycznie, konsekwentnie, wbrew rozsądkowi.
Wszystkie wnioski, które wypracowałam przez te miesiące, wszystkie lekcje, przemyślenia w jednej chwili przestały mieć znaczenie.
Nie zrezygnowałam z dragów.
Zrezygnowałam z siebie.
Z tej wersji mnie, która chciała żyć, walczyć, czuć.
Z tej, która potrafiła spojrzeć w lustro bez wstydu.
Pozwoliłam, żeby przekroczono moją granicę ale to ja ją rozmyłam, rozpuściłam jak atrament w wodzie.
Zanieczyściłam swój umysł, swoje ciało, duszę.
Może naprawdę jeszcze za mało widziałam, może za mało bolało, żeby nauczyło.
A może po prostu chciałam na chwilę nie czuć niczego.
Nie poczułam nic.
Ani ulgi, ani ekstazy, ani zapomnienia.
Tylko pustkę głębszą niż kiedykolwiek wcześniej.
Taką, która wciąga jak bagno i odbija w sobie jedynie twarz, której nie chcę już znać.
A teraz zbieram skutki tej pustki.
Fizyczne.
Realne.
Bolesne.
Każdy ból, każda łza, każdy spazm ciała to rachunek, który wystawiłam samej sobie.
I wiem, że muszę go spłacić do ostatniego oddechu.


Dodaj komentarz