Autor: Anais Crow
Po powrocie znad morza wszystko wydawało się takie proste. Było lato, ciepłe powietrze pachniało obietnicą spokoju, a ja przez chwilę uwierzyłam, że naprawdę zaczynam żyć po nowemu.
Jeszcze na koncie coś zostało z zasiłku rehabilitacyjnego, w głowie snuły się plany na wakacje z Olgą w Turcji miałam cel, miałam sens.
Dni mijały lekko, bez pośpiechu.
Chodziłam na spacery, patrzyłam w niebo, piłam poranną kawę z poczuciem, że może wreszcie świat przestaje mnie gonić.
Wokół byli ludzie, rozmowy, śmiech niby normalność.
Ale gdzieś w środku, pod tą spokojną taflą, wciąż coś drgało.
To było jak pęknięcie w szybie ledwo widoczne, a jednak z każdym dniem coraz głębsze. Głody czaiły się z tyłu głowy, środowisko nie zniknęło, rachunki zaczynały przypominać o sobie, a ja, zamiast stanąć i przyznać się do strachu, udawałam, że go nie widzę. Wtedy jeszcze myślałam, że to tylko chwilowe. Że tym razem nie runę.
Nie wiedziałam, że to dopiero początek, że cisza, w której tak się rozkochałam, była tylko wstępem do burzy.

Dodaj komentarz