Autor: Anais Crow
Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło. Niby wszystko było jak należy spokój, stabilizacja, rutyna. Ale w środku zaczynało się kotłować. Jakby ktoś znowu zdrapywał ze mnie świeżo położoną farbę i spod spodu wychodziło to, co dobrze znałam szarość, mrok i pustka.
Zaczęły wracać stare emocje, te, o których myślałam, że zostawiłam je na sali terapeutycznej. Strach, gniew, lęk przed porażką.
Czułam, że znowu coś mnie przygniata, ale tym razem bez konkretnego powodu. Po prostu ciężar istnienia.
Do tego doszła proza życia.
Szukanie pracy bez skutku. Wysłane CV milczały. Z każdą kolejną odmową rosła frustracja.
Portfel coraz chudszy, rachunki coraz bardziej bezlitosne. Czasem siedziałam i liczyłam pieniądze, jakby od tego miały się magicznie rozmnożyć.
Śmieszne, nie? Kiedyś miałam wszystko towar, towarzystwo, pozory. A teraz miałam trzeźwość i rachunki do zapłacenia.
I wtedy zaczęły się głody.
Nie te fizyczne, tylko emocjonalne.
Głód ulgi. Głód zapomnienia. Głód tej znajomej pustki, w której nic nie boli.
Każdy spacer po mieście był jak test. Warszawa pachniała wspomnieniami klatkami, klubami, ludźmi, których już nie ma. Środowisko gdzieś się tliło na obrzeżach mojej świadomości, a ja udawałam, że tego nie czuję.
Ale czułam.
I to coraz mocniej.
To był właśnie ten moment, kiedy pod powierzchnią zaczęło drżeć naprawdę. Jeszcze nic się nie zawaliło, ale już wiedziałam, że coś nadchodzi.
Nie wiedziałam tylko, czy to będzie upadek, czy kolejna lekcja.

Dodaj komentarz