Autor: Anais Crow
Tamte urodziny zostawiły we mnie ślad, którego nie sposób wymazać. Z jednej strony ból i rozczarowanie, które wbiło się w serce jak zimny nóż, z drugiej ciepło i bliskość tych, którzy naprawdę przy mnie byli. To jak huśtawka raz na górze, raz na dole, nigdy w równowadze.
Wracałam do codzienności z dziwnym ciężarem. Tak, miałam córkę, miałam Psykę, miałam grupę w ośrodku, ale w głowie wciąż dźwięczała ta myśl: znowu ktoś mnie zostawił, znowu nie byłam wystarczająca. To uczucie jadło mnie od środka, nawet kiedy na zewnątrz uśmiechałam się, rozmawiałam, uczestniczyłam w życiu.
Zaczęłam coraz częściej zadawać sobie pytania: ile jeszcze takich ciosów mogę przyjąć? Ile razy można się podnosić, zanim nogi odmówią posłuszeństwa? Czy naprawdę jestem tak silna, jak wszyscy mówią? A może to tylko maska, za którą chowam kolejne pęknięcia?
Trzymałam się terapii, bo wiedziałam, że to jedyne, co mnie chroni przed ostatecznym upadkiem. Każdy dzień spędzony w ośrodku był jak trening test mojej wytrzymałości psychicznej i duchowej. Niby szłam do przodu, niby robiłam postępy, a jednak cień tamtego dnia wciąż się za mną ciągnął.
Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że trzeźwość nie oznacza braku bólu. Trzeźwość oznacza, że wszystko czujesz mocniej, bez filtrów, bez otępienia. I że jeśli nie nauczę się tego dźwigać, każdy zawód, każda zdrada, każde słowo – mogą mnie zabić.

Dodaj komentarz