Autor: Anais Crow
Pomimo wszystkich załamań, potknięć i myśli rezygnacyjnych nie odpuściłam. Nie ja. Jak ten uparty osioł maszerowałam za swoją marchewką do przodu. Bywały dni, że szłam na autopilocie, ale jednak szłam.
Zbliżały się Święta Wielkanocne, a ja cieszyłam się na nie bardziej niż na te dawne te „rodzinne”. Ośrodek stał się dla mnie domem, bezpiecznym azylem. I wbrew pozorom, nawet na terapii, na odwyku, można przeżyć święta w ciepłej i rodzinnej atmosferze. Tym razem w domu też było inaczej może dlatego, że trzeźwa nie unikałam spotkań, nie uciekałam od rozmów. Byłam obecna ciałem i duchem.
Po świętach zaczął się dla mnie najtrudniejszy czas w całym procesie. Na horyzoncie pojawił się moment, którego tak bardzo wyczekiwałam oficjalne zakończenie terapii. A z nim ambiwalencja: kończyć czy przedłużyć? Wrócić do świata, czy jeszcze zostać w tym bezpiecznym kokonie?
Siedem miesięcy dzień w dzień na terapii to dużo. Weteranka. Rekordzistka. W głowie słyszałam głos terapeutki: „Naprawdę jesteś gotowa. Pora opuścić gniazdo”. Wiedziałam, że ma rację. Dali mi narzędzia, nauczyli korzystać. Poznałam siebie bardziej i głębiej, niż kiedykolwiek.
Stałam na progu nowego życia, z sercem pełnym niepokoju i nadziei. Po raz pierwszy naprawdę czułam, że to może się udać. Że tym razem dam radę.

Dodaj komentarz