Autor: Anais Crow
Pierwsze dni terapii przypominały mi trochę rozgrzewkę przed walką niby nic wielkiego, a pot człowiekowi spływa po plecach. W poniedziałek jeszcze czułam się jak nieproszony gość, jakby ktoś mnie wsadził do obcego świata. Ale już po kilku dniach złapałam rytm. Ośrodek miał swój własny zegar społeczności, zajęcia, krótkie przerwy na kawę i papierosa a ja zaczynałam się w tym porządku odnajdywać.
Nie było łatwo. W środku nadal darła się moja sabotażystka:
„Po co tu siedzisz? Daj spokój, i tak nic z tego nie będzie.”
Ale ja już nie słuchałam jej tak uważnie. Może dlatego, że widziałam, jak inni się otwierają. Jak ktoś opowiadał, że stracił rodzinę. Jak inny trząsł się cały, żeby w ogóle powiedzieć swoje imię. Każdy tu miał swoje piekło, swoje rany. To dawało mi poczucie, że jednak nie jestem wyjątkiem że nie tylko ja dostałam od życia po mordzie.
Pierwsze ćwiczenia były dla mnie jak rozrywanie zaschniętej rany. Mieliśmy mówić o emocjach, nazywać je, a ja… ja nawet nie wiedziałam, jakie mam. Pustka. „Złość”, „strach”, „smutek” – takie banały. A we mnie siedział cały arsenał, którego nie potrafiłam ubrać w słowa. Patrzyłam na innych, którzy próbowali, i czułam dziwną mieszankę podziw, litość i złość na samą siebie, że ja ciągle uciekam w wygłupy, w gadulstwo, zamiast rozebrać się z tej swojej skorupy.
Wracałam do domu po każdym dniu zmęczona, ale też lżejsza. Jakby ktoś wyjął mi z plecaka kilka cegieł. Nadal nie wiedziałam, co ze mną będzie. Nadal myślałam, że mogę w każdej chwili spieprzyć. Ale zaczynałam też rozumieć, że tu może być moje być albo nie być.

Dodaj komentarz