Autor: Anais Crow
Nadszedł dzień wyczekiwanej kwalifikacji. Stawiłam się w ośrodku o wyznaczonej godzinie, z całym pakietem dokumentów z poprzednich miejsc, jakbym niosła akta jakiejś recydywistki. Czekałam, aż ktoś wywoła moje imię.
I wtedy pojawiła się ona – szczupła blondynka, z uśmiechem, który miał mnie rozbroić. Zaprosiła mnie na rozmowę. Usiadłam naprzeciwko niej w fotelu i… pustka. Głowa podpowiadała: „nie mam pojęcia, co jej powiedzieć”. Ale gęba zrobiła po swojemu wyrzuciła z siebie wszystko, co ślina przyniosła na język. Że mam dość, że jestem zmęczona tym ciągłym ćpaniem, tym, że nic się nie zmienia, że kręcę się jak chomik w kółku, bez końca, bez sensu.
Wygadałam się. Ulżyłam sobie. Widziałam, że mnie słucha, że coś zapisuje. Ale czy wzbudziła moje zaufanie? Nie. To nie było takie proste. Prawda jest taka, że gdyby mnie nie zatrzymała, zagadałabym ją na śmierć i wyszła z tego rozmowa, w której paradoksalnie i tak zostałam przy swojej nieufności.
Wynik kwalifikacji – pozytywny. Mogę rozpocząć terapię. Ustaliliśmy termin. Formalność odhaczona.
A potem wróciłam do domu i, jak zawsze, odezwała się moja wewnętrzna sabotażystka. Że coś z tą terapeutką jest „nie tak”, że nie wzbudziła mojego zaufania, że może to wszystko nie dla mnie. Ale zaraz przecież obiecałam sobie otwarty umysł, obiecałam słuchać terapeutów, a nie własnych wymówek. Pierwszy krok zrobiony. Drugi też. Nie ma odwrotu.
Trzeba było tylko przeczekać do 26 października. I nie ćpać.

Dodaj komentarz