Autor: Anais Crow
Dom wypełniał się ciszą, która miała ciężar ołowiu. Nie taką zwyczajną, codzienną tylko tą, co oblepia ściany i wciska się do płuc. On wyjeżdżał w delegacje, a ja zostawałam sama, pozornie „wolna”. Wolność jednak miała gorzki smak. Nie było w niej oddechu, tylko poczucie zawieszenia.
Wieczory ciągnęły się jak guma do żucia. Siedziałam na kanapie, bezwładnie wpatrując się w telewizor, nie pamiętając nawet, co leciało. Godziny mijały, a ja łapałam się na tym, że wciąż siedzę w tej samej pozycji, w tym samym milczeniu.
Najgorsze były noce. Łóżko stawało się zbyt wielkie, poduszka pachniała pustką, a kołdra przypominała mi, że nie ma obok nikogo, kto powinien być. Czułam się jak eksponat w muzeum niby na swoim miejscu, a jednak martwa.
Ta samotność była podwójna bo przecież formalnie byłam w związku. Na papierze byłam żoną, matką, częścią rodziny. A w środku? Byłam jak duch, co snuje się po korytarzach własnego domu, niezauważony, niewysłuchany, nieważny.
Cisza, która miała przynosić spokój, stawała się powoli moim największym prześladowcą.

Dodaj komentarz