Autor: Anais Crow
Jego delegacje stały się codziennością. Znikał na dwa, trzy miesiące, a ja zostawałam sama z dzieckiem, które potrzebowało czułości, i z własnym cieniem, który domagał się kolejnej dawki. W mieszkaniu, które miało być domem, zaczęła rosnąć cisza, gęsta i duszna jak dym papierosów w zamkniętym pokoju.
Rozmowy z Nim sprowadzały się do kontroli i pretensji. Telefon dzwonił, ale nie po to, by zapytać, jak się czuję, tylko by rozliczyć mnie z każdej godziny, każdej wydanej złotówki, każdej decyzji. W jego słowach było coraz mniej troski, a coraz więcej nienawiści.
Kiedy znalazłam wiadomości od innej kobiety, poczułam, jakby grunt pod nogami rozpadł się na kawałki. Najgorsze jednak było to jedno zdanie, które padło przypadkiem, a wyryło się w pamięci na zawsze kiedy się kochaliśmy, nazwał mnie innym imieniem. To nie była pomyłka, to była prawda, której nie chciał wypowiedzieć wprost.
Ja też nie byłam już sobą. Ćpałam coraz więcej. Każdy dzień stawał się walką z frustracją, z bezsilnością wobec siebie i wobec dziecka. Nie miałam cierpliwości. Każdy jej płacz, każde „mamo” było jak gwóźdź w czaszce. Krzyczałam, izolowałam się, zamykałam przed światem. Waga spadła do czterdziestu dwóch kilogramów byłam szkieletem, który jeszcze się ruszał, ale już dawno przestał żyć.

Dodaj komentarz