Autor: Anais Crow
Zbudowaliśmy dom, ale nie z cegieł. Nasze fundamenty były z dymu, a ściany z obietnic rzucanych na haju. Wydawało się, że to wystarczy że wystarczy kochać i wierzyć, by rzeczywistość sama dopasowała się do marzeń. Przez chwilę tak było. Córka biegała po mieszkaniu, a jej śmiech rozcinał ciszę jak światło w ciemnym tunelu. Patrzyliśmy na nią jak na dowód, że mimo całego brudu w środku potrafimy stworzyć coś pięknego.
Ale dym ma to do siebie, że zawsze się rozwiewa. Wchodzi w oczy, szczypie, dławi. W pewnym momencie przestaliśmy oddychać czystym powietrzem. Ja uciekająca w zapomnienie, wciągająca coraz głębiej, jakbym chciała zatopić się w innej rzeczywistości, tej prostszej, w której nie ma odpowiedzialności.
Próbowaliśmy być rodziną, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, że jesteśmy dziećmi bawiącymi się w dorosłość. Ja gotowałam obiady, Ty przynosiłeś pieniądze, razem robiliśmy zakupy. Niby wszystko na swoim miejscu, a jednak brakowało czegoś niewidzialnego tego spoiwa, które trzyma ludzi przy sobie, kiedy dym się rozwiewa.
Każdy dzień stawał się rytuałem udawania: przed sąsiadami, przed rodziną, przed sobą nawzajem. A najbardziej przed Olgą. Jej małe oczy patrzyły na nas, a ja modliłam się w ciszy, by nie widziała tego, co naprawdę się dzieje. Że mama i tata nie są bohaterami, tylko zagubionymi wrakami.
Dom z dymu trwał, bo myśmy go podtrzymywali wiarą, strachem i złudzeniem, że tak będzie zawsze. Ale dym nigdy nie jest trwały. Zawsze w końcu znika, zostawiając tylko pustkę i piekące gardło.

Dodaj komentarz