Autor: Anais Crow
Na samym początku były piwonie. Pamiętam ten zapach – ciężki, słodki, niemal duszący, a jednocześnie obiecujący życie, jakby każde płatki szeptały „to jest twój czas”. Byłam pewna, że to miłość. Nie taka chwilowa, przelotna, tylko ta ostateczna, na którą się czeka i której się chwyta, bo przecież miała być ratunkiem.
Po pierwszej randce wiedziałam on i żaden inny. Nikt nigdy nie patrzył na mnie tak jak on. To spojrzenie rozbierało mnie z całego mojego chaosu, z brudnych tajemnic, z uzależnienia, które już wtedy czaiło się pod skórą. Patrzył na mnie jak na czystą, jak na kogoś, kto zasługuje. A ja, głupia, naprawdę uwierzyłam, że wystarczy się tego spojrzenia trzymać, żeby nie utonąć.
Był moim wszystkim. Kochankiem, powiernikiem, najlepszym przyjacielem. Sądziłam, że taka konfiguracja wystarczy, żeby pokonać przeciwności i moje demony. Nie wystarczyło. Nawet największa miłość nie umie udźwignąć schematów, które nosi się w kościach, ani nawyków, które podstępnie karmią duszę od środka.
Po roku urodziła się nasza córka. Nasza miłość w czystej postaci, bez chemii, bez alkoholu, bez maski. Chociaż nie – to kłamstwo. Bo od pierwszego dnia ćpaliśmy razem. To był nasz sekret i nasza zguba. Łączyło nas to, co powinno dzielić. Jakbyśmy trzymali w rękach bombę zegarową, wmawiając sobie, że to bukiet piwonii.
I choć wtedy naprawdę wierzyłam, że dziecko odmieni wszystko, że stanie się granicą, która oddzieli nas od mroku granice się rozpłynęły. Wciągnęły nas noce, które zaczynały się od wspólnej kreski i kończyły ciszą, w której każde z nas było samotne jak nigdy.
Miłość była. Nie będę kłamać. Była ogromna, prawdziwa, a jednak powoli ginęła w dymie, w proszku, w kolejnych niewypowiedzianych rozczarowaniach. Bo miłość, choć piękna, nie zawsze jest lekarstwem. Czasem jest jak piwonia zachwyca, pachnie, daje iluzję pełni… ale w końcu więdnie, zostawiając po sobie tylko płatki na podłodze i gorzki zapach rozkładu.

Dodaj komentarz