Nie było już miejsca na niewinność. Każdy wieczór wciągał mnie głębiej światła klubów, puls muzyki, zapach alkoholu i chemii, która obiecywała wolność, a dawała tylko więzy. Mężczyźni stawali się tłem, ciałami do przejścia, chwilowym ratunkiem przed samotnością, której nie mogłam się pozbyć.
Chemsex był jak narkotyk i rytuał w jednym mieszanka adrenaliny, pożądania i destrukcji, która wgryzała się w skórę, w krew, w myśli. Każda impreza, każda noc była próbą ucieczki przed sobą samą, choć wiedziałam, że nie da się uciec. Alkohol wypalał resztki wstydu, zmywał granice, a proszki i pigułki pozwalały oddychać w chaosie, który samemu trudno było znieść.
Nie szukałam miłości, nie szukałam przyjaźni. Szukałam pustki, którą mogłam wypełnić choć na chwilę. I im bardziej pozwalałam sobie na upadek, tym mocniej czułam, że życie staje się sceną, na której gram własną autodestrukcję.
Każda noc kończyła się tym samym powrotem do pustego mieszkania, lustra, które odbijało kogoś, kogo nie poznawałam. I myślą: „Jutro znów to zrobię. Bo tylko tak czuję, że żyję”.

Dodaj komentarz