Autor: Anais Crow
Było we mnie coś, co pulsowało cicho, ale nieustannie. Jak cienka rysa na tafli szkła na początku ledwie widoczna, ale z każdym dniem głębsza, ostrzejsza, grożąca całkowitym pęknięciem.
Nie umiałam już odróżnić lęku od ekscytacji. Napięcie stało się moim oddechem, a autodestrukcja rytmem serca. Zamiast szukać ratunku, bawiłam się ogniem, jakby poparzenia mogły przypomnieć mi, że jeszcze czuję.
Było w tym coś hipnotyzującego. Widziałam, jak wciąga mnie ciemność, a mimo to robiłam krok za krokiem. Świadomie. Z premedytacją. Jakbym chciała sprawdzić, gdzie jest granica i czy w ogóle istnieje.
A im bliżej przepaści stałam, tym bardziej kusiło, by w końcu skoczyć.
Zaczęło się niewinnie jak drżenie powietrza przed burzą, ledwie wyczuwalne, niemal niezauważalne. Ale z czasem każda myśl, każde spojrzenie, każdy dotyk świata na mojej skórze stawał się bodźcem. Wszystko bolało, wszystko drażniło. W środku czułam, jak coś rośnie gęste, ciemne, lepko przywierające do wnętrza.
Nie potrzebowało wiele, żeby wybuchnąć. Słowo rzucone od niechcenia. Cisza w złym momencie. Albo własne odbicie, które patrzyło na mnie z lustra z nieznajomym, zimnym wyrazem twarzy.
Autodestrukcja nie przyszła nagle. Przemykała bokiem, udając, że jest moim sprzymierzeńcem. Najpierw dawała ulgę, potem zabierała wszystko, co zostawiłam bez ochrony. Z każdym kolejnym dniem stawałam się bardziej jej, a mniej sobą.
Czułam, że to napięcie nie znajdzie ujścia w łagodnych słowach czy łzach. Ono pragnęło krwi mojej, symbolicznej lub prawdziwej. Pragnęło widzieć, jak zrzucam kolejne warstwy ochrony, aż zostanie tylko naga, drżąca prawda: że sama pcham się w otchłań, krok po kroku, jakbym szła w objęcia kogoś, kogo kocham i nienawidzę jednocześnie.

Dodaj komentarz