Autor: Anais Crow
Bunt nie pojawia się nagle.
On rośnie po cichu, pod skórą, w miejscach, których nikt nie ogląda.
Mój wyrastał z kłamstw, z przemilczeń, z tego ciągłego rozdźwięku między tym, co widzą inni, a tym, co naprawdę dzieje się w środku domu.
Na zewnątrz Ja. Dziewczyna, która „miała potencjał”.
W środku dziewczyna, która już wiedziała, że w tym świecie przetrwają ci, którzy nauczą się nie ufać nikomu.
Po śmierci Piotrka moje milczenie stało się bronią.
Przestałam mówić, bo każde słowo mogło zostać użyte przeciwko mnie.
Obgryzałam paznokcie do krwi, rwałam sobie włosy, patrząc w lustro, jakbym szukała w nim odpowiedzi.
Pogrzeb wracał w snach krótkie urywki, jak migawki z filmu: zamknięta trumna, kwiaty, szept ludzi.
Nie chciałam spać w tym domu. Ściany były zbyt nasączone krzykiem, którego już nawet nie słyszałam, bo stał się tłem.
Ojciec pił rzadko, ale kiedy już zaczynał wchodziło tornado.
Krzyk, trzask szkła, wyzwiska. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co.
Dziś wiem już wtedy matka żyła w świecie własnych kłamstw, kombinacji, półprawd.
Była mistrzynią iluzji. Mogła cię przytulić i w tym samym geście odebrać ci powietrze.
Mój bunt był cichy, ale coraz bardziej widoczny.
Znikałam z lekcji. Uciekałam w ludzi, którzy nie pytali.
Przestawałam dbać o stopnie, bo wiedziałam, że choćby były najlepsze, w domu i tak nikt nie powie: „Jestem z ciebie dumny”.
Byłam grzeczna, kiedy chciałam czegoś dostać.
I gotowa podpalić wszystko, kiedy ktoś próbował mnie złamać.
W środku jednak wciąż byłam dziewczyną z tamtej kuchni.
Dziewczyną, która pamiętała smak zupy, zapach prania i rękę brata na swoim nadgarstku.
I może właśnie to te resztki dawnej mnie sprawiały, że wciąż jeszcze nie spadłam na samo dno.

Dodaj komentarz