Autor: Anais Crow
To nie jest spokojny moment. To jest moment graniczny.
Mam miesiąc na wyprowadzkę. Miesiąc na znalezienie mieszkania w mieście, w którym ceny nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością.
Finanse są napięte. Niepewność wisi nad głową.
A ja doskonale wiem, co znaczy nie mieć gdzie spać. Wiem, jak wyglądają noce w pociągach, tymczasowość, życie „na chwilę”. I właśnie dlatego ten lęk nie jest abstrakcyjny.
Do tego ludzie.
Ludzie, którzy nie dotrzymują słów. Którzy mówią jedno, robią drugie, a konsekwencje zostawiają komuś innemu. To też boli bo znowu trzeba polegać przede wszystkim na sobie.
Jest stres. Jest napięcie. Jest ta cienka granica, na której dobrze wiem, jak blisko są nawroty, kiedy świat się chwieje.
I nie udaję, że jej nie widzę.
Właśnie dlatego idę na siłownię. Nie po formę. Po regulację. Po poczucie, że cokolwiek choćby ciało mam pod kontrolą. Że robię coś ze sobą, a nie tylko czekam, aż coś się wydarzy.
To jest czas, w którym:
– liczę pieniądze,
– liczę dni,
– ważę decyzje,
– uczę się odróżniać realne zagrożenie od katastroficznych myśli.
A jednocześnie paradoksalnie mam plany. Mam marzenia. Nie odklejone od rzeczywistości, tylko osadzone w niej mocno.
Nie o „łatwiej”, tylko o „lepiej”.
Nie o ucieczce, tylko o stabilności.
To nie jest moment komfortu.
To jest moment sprawdzianu.
Nie wiem jeszcze, gdzie będę mieszkać. Nie wiem, jak dokładnie to się poukłada. Ale wiem jedno: nie chcę już żyć byle jak, nawet jeśli chwilowo jest trudno.
Ten etap nie wygląda ładnie. Nie nadaje się na hasła. Nie daje szybkich rozwiązań. Ale to właśnie w takich momentach najdokładniej widać, na czym naprawdę się stoi.
I ja stoję.
Zmęczona. Zestresowana. Ostrożna.
Ale świadoma. Trzeźwa. I dalej po swojej stronie.
Na teraz — to wystarczy.
Ale znaleźliśmy mieszkanie.
W sobotę wielka przeprowadzka.
Ulga miesza się ze zmęczeniem, bo to nie był proces „lekki i przyjemny”, tylko twarde zderzenie z rzeczywistością. Z telefonami, liczeniem, decyzjami podejmowanymi pod presją czasu.
Do tego jeszcze obecny właściciel.
Kaucja „zostanie zwrócona, jeśli nic nie jest zniszczone” — powiedziane tym specyficznym, wyniosłym tonem, jakby moja obecność w tym mieszkaniu miała od początku polegać na niszczeniu cudzej własności. Jakby liczenie się z pieniędzmi było równoznaczne z byciem gorszą, mniej godną zaufania.
I właśnie to mnie najbardziej uderza.
Ten cichy podział na ludzi, którzy „żyją lepiej”, i tych, którzy muszą pilnować każdej złotówki.
Ten brak empatii, który przychodzi tak łatwo, gdy kogoś nie dotyczy stres, niepewność, napięcie finansowe.
Widzę to wyraźnie.
I już nie próbuję się z tego tłumaczyć.
Liczenie się z kasą nie jest wstydem.
Jest odpowiedzialnością.
Jest świadomością.
Jest próbą utrzymania stabilności w świecie, który wcale tego nie ułatwia.
Nie jestem tu, żeby coś niszczyć. Jestem tu, żeby przetrwać uczciwie i stanąć na nogi po swojemu.
W sobotę pakujemy życie do kartonów.
Niw idealnie. Nie bez nerwów. Ale z poczuciem, że znowu robimy krok do przodu.
To nie był łatwy czas.
Ale to był czas, w którym nie uciekłam, nie oddałam sterów, nie pozwoliłam, żeby strach decydował za mnie.
I to przy całym zmęczeniu — ma dla mnie dziś największe znaczenie.